Kiedy zostaje u
ciebie zdiagnozowana zmieniająca życie choroba, przez pierwszych kilka dni
chodzisz kompletnie zszokowany, nie całkiem wierząc w to, co powiedział ci
lekarz.
Potem następuje
okres czasu, w którym żyjesz w zawieszeniu. Nadal czujesz się jak stary ty,
nadal wyglądasz tak samo w lustrze i czasami zapominasz na chwilę, że jesteś
chory.
Gdy odwiedza
cię lekarz i badania robią się coraz częstsze zmieniasz się w pacjenta ze
zmieniającą życie chorobą. Zaczynasz zapominać jak czułeś się przed diagnozą.
Ilekroć patrzysz w lustro twoja osoba sprzed diagnozy zaczyna zanikać i zostaje
zastąpiona nieznajomym, który jest smutny, przestraszony, zmęczony i chwilami
chce się poddać.
Rezonans magnetyczny był kolosalnie okropny. Maszyna
wyglądała jak ogromny biały penis i jądra. Właściwie to jedno jądro. Bez
wątpienia stworzył tę maszynę mało obdarzony mężczyzna.
Położyłam się na ogromnym białym penisie i zostałam wsunięta
do jądra, gdzie leżałam idealnie nieruchomo przez jedną godzinę. Gdy poczułam
jak zostaję wysuwana westchnęłam z ulgą. Nigdy w życiu z taką radością nie
schodziłam z penisa.
Po rezonansie mieliśmy trochę czasu przez wizytą u onkologa,
więc postanowiliśmy zjeść lunch. Podczas lunchu moi rodzice, Noah i ja siedzieliśmy
w ciszy i jedliśmy albo rozmawialiśmy o wszystkim prócz o tym, co się działo.
Wszyscy byliśmy w zawieszeniu, nie bardzo wiedząc jakie są nasze role czy jak
zachować się w tym nowym świecie, w którym się znaleźliśmy.
Kiedy dotarliśmy gabinetu lekarza, czekaliśmy przez
czterdzieści pięć minut w poczekalni zanim zostaliśmy tam zaproszeni. Nie
rozumiem dlaczego mówią, aby być pół godziny wcześniej przed wizytą, jeśli każą
mi czekać dodatkowe czterdzieści pięć minut? Nie będę zbyt cierpliwym
pacjentem.
Doktor Lang był mężczyzną w średnim wieku, co mi się
podobało. Nie chciałam, żeby jakiś młody doktorek trzymał nade mną swój
podręcznik i zastanawiał się gdzie mnie pociąć. Był szczerym człowiekiem, nie
gadał bzdur. Nie byłam cierpliwą pacjentką, więc mi się to podobało. Noah stał
z tyłu pokoju, kiedy ja siedziałam przed biurkiem lekarza, otoczona z obu stron
przez rodziców.
- Mam dobre wieści – powiedział doktor Lang, patrząc na moje
zapisy i wyniki. – Nigdzie indziej nie widać żadnych oznak nowotworu. W tej chwili
tylko twoja lewa noga jest dotknięta chorobą. – Cztery głośne westchnięcia
wypełniły gabinet. – Ale jest przeniknięcie do okolicznej tkanki miękkiej. Z
tego powodu zalecam amputację poniżej kolana.
Podniósł na mnie wzrok, chyba próbując ocenić moją reakcję. Odwzajemniłam
jego spojrzenie bez słowa. Nie było zaskoczeniem, że takie było zalecenie.
Wcześniej była to możliwość, ale teraz rzeczywistość. Moment zajęło mi
przyjęcie tego do wiadomości. Lekarz spojrzał znowu na moje zapisy, przerywając
kontakt wzrokowy.
W tej krótkiej chwili jak na siebie patrzyliśmy wiedziałam,
że myślał o swojej własnej córce. Zobaczyłam na jego biurku zdjęcie jego
rodziny, gdy weszłam do gabinetu. Miał córkę, która wyglądała na bliską mojego
wieku.
- Protezy przeszły długą drogę. Widziałem parę, które
wyglądały tak prawdziwie, że nawet nie poznałoby się, że nie są – powiedział.
Zgadywałam, że to była przemowa pocieszająca.
Usłyszałam jak tato odchrząknął i zapytał. – Więc skoro to
jest tylko w jej lewej nodze, to kiedy… - Jego głos się załamał. Urwał na
chwilę, próbując się opanować zanim kontynuował. – To kiedy zostanie wykonana
operacja, ona nie będzie już miała raka, prawda?
Doktor Lang nie odrywał spojrzenia od moich akt, gdy
odpowiedział tacie. – Technicznie tak. Jednak wciąż będzie musiała przejść
przez chemioterapię.
- Ale jeśli jest tylko w jej nodze, to dlaczego musi
przechodzić przez chemioterapię? – zapytała mama.
Doktor Lang uniósł wzrok i powiedział. – Panie i pani Kelly,
Amando i młody człowieku.
- To mój najlepszy przyjaciel Noah – powiedziałam. Lekarz
skinął w głową w kierunku Noah.
- Amanda ma kostniakomięsaka. Jest to bardzo agresywna forma
nowotworu kości. Z tego co wiem o twoim przypadku powiedziałbym, że agresywność
to niedopowiedzenie. Twoje objawy pojawiły się bardzo szybko. Musimy zabić
wszystkie zbłąkane komórki, które potencjalnie mogą mieć przerzuty do twoich
płuc. Chemioterapia da nam najlepszą szansę na powstrzymanie takiej sytuacji.
Wiem, że to niezwykle przytłaczające. Bierzmy trochę wiadomości na jeden raz.
Moja pielęgniarka skontaktuje się z tobą w sprawie ustalenia operacji,
informacji o amputacji i da ci parę nazwisk protetyków w okolicy.
- Protetyków? – zapytałam.
- Oni dopasują ci nową nogę – wyjaśnił. – Minie kilka
tygodni zanim zostanie dopasowana ci nowa noga i zaczniesz chemioterapię.
Chcemy, żebyś najpierw zagoiła się po operacji. Macie jakieś pytania?
Za wiele zaatakowało nas pytań i żadne z nas nie mogło
myśleć wyraźnie, żeby o coś zapytać. Nadal starałam się przetrawić fakt, że
zostanie mi odpiłowana noga.
- Jestem pewna, że będę miała milion pytań jak tylko stąd
wyjdę. – Uśmiechnęłam się do niego słabo.
Spojrzał na mnie ciepłymi brązowymi oczami. – Mam córkę parę
lat młodszą od Amandy. Wyszedłbym z siebie, gdyby ona zachorowała. Zrobimy dla
ciebie wszystko co w naszej mocy, Amando.
- Wiem.
Wyglądał na niezdecydowanego, zanim ciągnął. – Zazwyczaj nie
rozmawiam o tym z pacjentami. Mówię to przez typ twojego nowotworu, typ
chemioterapii, którą będziesz mieć i twój młody wiek. Większość młodych ludzi
nie myślą o takich rzeczach, ale, Amando, może będziesz chciała pomyśleć o
przyszłości i porozmawiać z twoimi rodzicami o tym jakie chcesz mieć warunki,
na wszelki wypadek.
Usłyszałam jak mama cicho wciągnęła gwałtownie powietrze.
- Zostanę z moją siostrą Emily – powiedziałam. – Mieszka na
parterze w budynku bliżej szpitala. Rodzice mają schody prowadzące do domu.
Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak zamieszkam u Emily.
Gdy mówiłam dostrzegłam wyraz twarzy lekarza. Spojrzałam na
mamę, a potem na tatę. Ich miny były takie same jak u lekarza.
- On nie mówi o warunkach mieszkaniowych, skarbie – odparł
tata.
Wtedy nagle to do mnie dotarło. On mi mówił, żebym zaczęła
planować własny pogrzeb. Dziwne jest to, że nigdy nie przeszło mi przez myśl,
że mogę umrzeć. Myślałam, że ta myśl zawsze pierwsza pojawiała się w głowach
ludzi, którzy dowiadywali się, że mają raka.
Opuściliśmy gabinet ze stosem informacji do przeczytania o
tym jaki typ nowotworu miałam, czego spodziewać się podczas operacji i po niej
oraz nazwiskami miejscowych ludzi od nóg. Jak dla mnie nazywanie ich
protetykami za bardzo brzmiało na prostytutki.
Nie byłam w nastroju, żeby wracać już do domu. Rodzice
przytulili i pocałowali mnie na pożegnanie, wsiedli do samochodu i pojechali do
domu. Nigdy wcześniej nie widziałam ich tak widocznie wstrząśniętych. Sądzę, że
wszyscy potrzebowaliśmy czasu sam na sam na poradzenie sobie z tą sytuacją, bez
utrzymywania dzielnych pozorów.
Siedziałam z Noah w jego samochodzie uspokajając się po
wizycie. Kątem oka widziałam, ze się wiercił, stukając palcami o kierownicę.
Wyglądało na to, że chciał coś powiedzieć.
- Noah, nie. Potrzebuję trochę czasu na przemyślenie tego,
co zostało tam powiedziane.
- Wiem. Co chcesz robić?
Wpatrując się przed siebie, odpowiedziałam. – Uciec.
Nie odpowiedział. Po prostu odpalił auto i wyjechał z
parkingu.
Wjechaliśmy głębiej w śródmieście, zatrzymując się przy
bardzo ładnym budynku, którego nie rozpoznawałam. Noah zgasił silnik, odwrócił
się do mnie i powiedział. – Zostaję tutaj na kilka tygodni.
- Jest ładne. Dlaczego tutaj zostajesz?
- To mieszkanie Cartera Perry’ego. Ciągle spędzam tutaj
czas. Poprosił mnie, żebym został, kiedy on jest za miastem na święta. Nie
wróci do Nowego Roku. Świetnie jest mieć trochę prywatności – odparł.
- Mieszkanie Emily jest tylko parę bloków dalej. Będziesz
bardzo blisko.
- Wiem, zabawne jak to wyszło. – Uśmiechnął się do mnie i
wysiadł z auta. Miałam przeczucie, że jego zostanie w tym mieszkaniu nie było
tylko zbiegiem okoliczności.
Patrzyłam jak podszedł do mojej strony auta i otworzył mi
drzwi. Złapałam go za dłoń i weszliśmy do środka.
Było to bardzo ładne mieszkanie dwusypialniane z otwartym
planem. Typowe mieszkanie faceta, skąpo umeblowane dużą kanapą i telewizorem z
płaskim ekranem. Zdjęliśmy nasze płaszcze, rzucając je na kanapę.
- Chcesz coś do picia czy jedzenia? – zapytał Noah.
- Nie, nie trzeba. Dzięki.
- Czuj się jak u siebie. Zaraz wrócę – powiedział.
- Okej.
Podeszłam do ogromnego okna ciągnącego się od podłogi do
sufitu i wyjrzałam na zewnątrz. Był stamtąd ładny widok na basen, klub i obszar
do grillowania. Moje myśli powędrowały do planowania pogrzebu. Jaką muzykę bym
chciała? W jakiej trumnie chciałabym zostać pochowana? Zastanawiam się czy
robią żółte trumny. Czy w ogóle robią różnokolorowe trumny? Tak pochłonięta
byłam myślami, że początkowo nie usłyszałam, kiedy Noah wrócił do pokoju.
- Tweet, na pewno nic nie chcesz?
Dalej patrzyłam przez okno. – Nie chcę umierać. – Mój głos
był tak cichy, jakbym powiedziała to do siebie, nie do Noah.
Przez krótką chwilę panowała cisza, nim Noah odparł. – Nie
umrzesz.
Stał przy blacie kuchennym, popijając butelkę wody, gdy się
do niego odwróciłam.
- Skąd to wiesz?
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać – powiedział, biorąc
kolejny łyk wody.
- Ale ja chcę. Potrzebuję porozmawiać o tym z moim
najlepszym przyjacielem. Wiem, że to niełatwe. W ogóle o tym nie rozmawialiśmy.
Będzie źle i chcę, żebyś to zrozumiał.
Opuszczając głowę, nabrał głębokiego tchu. Zobaczyłam jak
jego barki zaczęły drżeć. W następnej chwili zobaczyłam jak plastikowa butelka
wody przecina powietrze, uderzając o ścianę. Podniósł wzrok i dostrzegłam ból
oraz bezradność w jego pięknych niebieskich oczach, jak wypełniły się łzami. –
Myślisz, że nie rozumiem jak jest źle? Kiedyś będę pieprzonym chirurgiem
ortopedycznym. Myślisz, że nie wiem, iż jeśli nowotwór cię nie zniszczy, to
mogą to zrobić leki, które w ciebie wpompują? Myślisz, że nie przeczytałem, iż
masz 65% szansy przeżycia pięciu lat? Dla większości ludzi byłyby to całkiem
dobre szanse, ale nie dla ciebie. Zasługujesz na zagwarantowane 100% przeżycia.
– Łzy wylewały się z nas obojga.
W trzech szybkich krokach stanął przede mną. Przywierałam do
okna, kiedy położył ręce na moich policzkach. Nasze spojrzenia się połączyły.
Nasze usta prawie się dotykały, gdy wyszeptał. – Nie mogę cię stracić. Jesteś
dla mnie wszystkim. Już wcześniej zniszczyło mnie nie posiadanie cię w moim
życiu, ale nie posiadanie cię w moim świecie kompletnie mnie zrujnuje. Moim
celem jest opiekowanie się tobą i chronienie cię, ale nie mogę nic zrobić, żeby
to od ciebie zabrać. Nie wiem jak ci pomóc.
- Noah… - powiedziałam bez tchu.
- Proszę, nie odpychaj mnie, Tweet – prosił.
- Nie odpycham – szepnęłam.
Moje palce wsunęły się w jego włosy. Ręce Noah zsunęły się
po moim ciele i wylądowały pod moim tyłkiem. Gdy mnie podniósł otoczyłam go
nogami w pasie. Moje plecy były mocniej przyciskane do okna z każdym
przesunięciem jego bioder. Chciałam, żeby zabrał moje cierpienie. Chciałam czuć
się bezpiecznie i chroniona, tak jak zawsze się czułam, gdy z nim byłam.
Chciałam czuć się normalna ostatni raz. Nigdy nie powiedziałam Noah jak bardzo
go kocham i musiałam zrobić to zanim będzie za późno.
Moja klatka piersiowa przyciskała się do jego z każdym
szybkim oddechem. Patrzyliśmy sobie w oczy.
- Noah, ja… - Zanim mogłam powiedzieć coś jeszcze
usłyszeliśmy otwierane drzwi wejściowe i wołanie jego imienia.
Szybko wyplątałam ręce z jego włosów i zsunęłam się z jego
ciała, aż stopami uderzyłam o podłogę. Parę razy przesuwając dłońmi po włosach
Noah odsunął się ode mnie chwilę przed tym jak Brooke wyszła zza rogu. Widząc
mnie stanęła jak wryta.
- Nie wiedziałam, że mamy gości. – Uważałam jej dobór słów
za dziwny. To nie było nawet mieszkanie Noah. Nie rozumiałam jak ona w ogóle
się tu dostała.
Ani raz nie odrywając ode mnie spojrzenia Noah odparł. –
Brooke, możesz dać nam minutę, proszę.
- Nie, nie mogę – odparła zirytowana.
- Proszę.
- Noah, mieliśmy mieć te mieszkanie tylko dla siebie do
Sylwestra.
Noah odwrócił się na pięcie i ruszył do Brooke, chwycił ją
za ramię i zniknęli, jak przypuszczałam, w sypialni.
Stałam oniemiała w miejscu. Nie wiedziałam co robić.
Słyszałam przez drzwi jak się kłócili.
- Noah, przykro mi, że ona umiera, ale nie wykorzysta tego,
żeby stanąć między nami i zniszczyć nasz wspólny czas tutaj. Świat nie obraca
się wokół Amandy Kelly.
- Nigdy więcej o niej tak nie mów.
- Nie staram się być suką. Chodzi po prostu o to, że to miał
być nasz wspólny czas. Nie mieliśmy się martwić, że przyłapią nas
współlokatorzy albo twoja mama. O to właśnie miało chodzić…
O mój Boże, udawali wspólny dom na przerwie świątecznej.
Kiedy mówił o prywatności, chodziło mu to, że on i Brooke będą mogli się
pieprzyć tyle, ile tylko będą chcieli.
Wybiegłam przez drzwi, pisząc do Emily, żeby po mnie przyjechała.
Szłam tak szybko i tak daleko, jak tylko mogłam. Coraz bardziej zaczęłam
kuśtykać, z powodu bólu, który powodował nowotwór. Nie mogłam już znieść w tej
chwili więcej chodzenia czy Noah.
Co on sobie myślał, zabierając mnie tam? Musiał wiedzieć, że
ona wróci. Brakowało mi chwili do powiedzenia mu jak bardzo go kocham i
znalezienia się w jego łóżku. To co usłyszałam z ich kłótni o mojej
nieuchronnie zbliżającej się śmierci ciągle powtarzało się w mojej głowie.
Nagle coś do mnie dotarło. Noah mnie żałował. Chciał
polepszyć mi nastrój i potrafił tylko uprawiać ze mną litościwy seks. Oplatając
się ramionami starałam się utrzymać płacz w gardle. Czułam jak dreszcze
przebiegają przez moje ciało, jak szłam dalej, dopóki nie dostrzegłam Emily, a
ona odwiozła mnie do domu.
Pora była na wczołganie się do łóżka, zarzucenie kołdry na
głowę i zablokowanie na teraz Noah, Brooke i raka. Wiedziałam, że wkrótce będę
musiała sobie poradzić z każdym z nich, ale teraz potrzebowałam odizolowania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz