wtorek, 11 marca 2014

Wpis 2

Nieprzewidywalność życia jest do bani. W jednej chwili jedziesz wysoko, a wiatr rozwiewa ci włosy, a w drugiej leżysz na ziemi z twarzą w żwirze.


Zawsze miałam pasję do jeżdżenia na rowerze. Od pierwszej chwili, jak usiadłam na moim czerwonym trójkołowcu, wiedziałam, że jeżdżenie na rowerze to coś dla mnie. Pierwszy rower dla dużej dziewczynki dostałam na ósme urodziny. Był to najwspanialszy rower na świecie. Większość moich koleżanek miało różowe rowery. Mój był żółty. Całkowicie wyleczyłam się z traumy Tweety’ego i żółty stał się moim ulubionym kolorem. Bądź tu mądry.
Mój rower był piękny i inny. Nikt inny, kogo znałam nie miał takiego koloru roweru. Frędzle na kierownicy były zrobione z białych, żółtych i srebrnych brokatowych nici. Kosz wiklinowy był biało-srebrny. Białe siedzenie miało srebrne plamki, które wyglądały jakby paliły się, kiedy uderzało w nie słońce. Szprychy przedniego koła były przystrojone białymi i srebrnymi koralikami, a szprychy tylnego koła tworzyły dźwięk, który brzmiał jak motocykl. Tak, byłam twardzielką na żółto-srebrnym rowerze.

Myślałam długo i twardo nad moją decyzją. Nie była łatwa, ale nadeszła pora. Dzisiaj był ten dzień.
Był wczesny sobotni poranek. Wyszłam z łóżka, szybko się ubrałam i wybiegłam z pokoju w poszukiwaniu taty. Znalazłam go w salonie, czytał gazetę, popijał kawę i jadł jego zwyczajne sobotnie śniadanie, które składało się z czterech kiełbasek wiedeńskich.
Oparłam się o podparcie leżanki taty i zapytałam. – Tatusiu, mogę porozmawiać z tobą o czymś?
Gazeta złożyła się i poświęcił mi swoją niepodzielną uwagę.
Pochyliłam się jeszcze bardziej i pocałowałam go w policzek. Wyprostowując się, ogłosiłam mocnym głosem. – Dzisiaj jest ten dzień.
- Na co, księżniczko? – zapytał.
- Żeby usunąć koła – powiedziałam z przekonaniem.
Tata znieruchomiał. Odwrócił ode mnie wzrok. Nieznacznie unosząc spojrzenie, położył palce na brodzie i potarł ją w głębokim zamyśleniu. Po kilku sekundach odwrócił się z powrotem do mnie, pytając. – Jesteś pewna?
Wciągnęłam głęboki wdech i spojrzałam mu w oczy, mówiąc. – Tak, proszę pana.
Złożył gazetę i położył ją na stoliku. Zmarszczył brwi i zacisnął usta, siadając prosto. – Więc zróbmy to – odparł, kładąc rękę na podparciu i kiwając głową ze zgodą.
Podniósł się z krzesła i poszedł do garażu po swoje narzędzia, kiedy ja pobiegłam na zewnątrz i stanęłam niecierpliwie przy rowerze. Wpatrywałam się w kółka treningowe, nie potrafiąc uwierzyć, że w ciągu następnych dziesięciu minut będę od nich wolna. Brzęk skrzynki z narzędziami taty wybudził mnie z transu.
Kiedy podszedł do roweru, ukucnął i zaczął zabieg chirurgiczny usuwania kół treningowych. Czułam przyśpieszające tętno z każdym obrotem klucza francuskiego. Zaczęłam kołysać się do tyłu i do przodu, ledwo zdolna do powstrzymania podekscytowania.
Patrzyłam intensywnie, jak zsunęło się drugie koło i opadło bez życia na podjazd. To była pora. Podekscytowanie, które czułam zaledwie kilka sekund temu szybko zamieniło się w podenerwowanie. Przygryzając dolną wargę, zmarszczyłam brwi. Mrowienie, które zaczęło się w moich palcach u rąk i stóp teraz rozprzestrzeniło się w całym ciele. – Kochanie, jesteś gotowa spróbować? – zapytał tata.
- Co?
- Jesteś gotowa pojechać? – Wciąż patrząc na bezużyteczne kółka, skinęłam w odpowiedzi. – Wiem, że się boisz, ale możesz to zrobić. Jesteś teraz dużą dziewczynką. – Zebrał swoje narzędzia i zamknął skrzynkę. Wstając, powiedział. – Poza tym twoja siostra była o rok młodsza od ciebie, kiedy przestała używać kół treningowych.
- Fajnie – powiedziałam sarkastycznie, nieznaczenie kręcąc głową.
Poczułam uścisk w żołądku, słysząc jego słowa. Już byłam rok za Emily. Co jeśli nie będę potrafiła utrzymać równowagi na rowerze i upadnę? Tata będzie mną rozczarowany. Czułam jak tętno w gardle zaczęło mi walić i krople potu spłynęły po moim karku. Wciągnęłam dwa głębokie wdechy, starając się uspokoić. Podnosząc spojrzenie na tatę, rzekłam. – Zróbmy to.
Uśmiechnął się. – Pójdzie ci świetnie. Musisz trochę poćwiczyć, żeby być tak dobra jak Emily, ale nie powinnaś mieć problemu.
Sprowadziliśmy rower w dół podjazdu. Tata trzymał go mocno, kiedy wsiadałam na niego. Spojrzał mi w oczy, mówiąc. – Jestem tuż obok. Nie pozwolę ci upaść.
Wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech i powoli go wypuściłam, gdy tata mocował mi kask. Moja prawa stopa mieściła się na pedale. Lekko się oparłam i odepchnęłam lewą stopą. Czułam się dobrze, w kontroli.
Wiatr rozwiał moje włosy, jak przyśpieszyłam. Klatka piersiowa wzbierała się dumą, a na twarzy promieniał ogromny uśmiech satysfakcji. Czułam się wyższa, większa i silniejsza, jakbym mogła podbić świat.
Krzyknęłam przez ramię. – Spójrz, tatusiu! Robię to! – Nie było od niego żadnej odpowiedzi.
Moje wnętrzności zaczęły drżeć, a ręce zaczęły się pocić. Bałam się, że kierownica wyślizgnie się z moich dłoni przez to jakie robiły się mokre. Od razu wcisnęłam hamulce, żeby się zatrzymać. Spojrzałam przez ramię. Zobaczyłam tatę stojącego na końcu podjazdu naszych sąsiadów. Wciągnęłam głęboki, uspokajający oddech. Tata miał na twarzy największy uśmiech na świecie. Odjechałam trzy domy od mojego, bez kół treningowych, samiutka. Promienny uśmiech przeszedł po mojej twarzy.
Gdy wracałam do niego, zaczął klaskać i krzyczeć radośnie. – Udało ci się, księżniczko! Gratulacje!
Zeskoczyłam z roweru, opuściłam podpórkę i pobiegłam najszybciej jak mogłam w ramiona taty. Uniósł mnie i pocałował w policzek, po czym mnie postawił.
Podczas gdy pławiłam się w dumie mojego ojca, Emily zbliżyła się do nas na jej szybkim, jasnoczerwonym rowerze. Przejechała dwa razy na tylnym kole, kiedy śmignęła obok nas. Zawsze uwielbiała się popisywać. Zrobiła kilka okrążeni i zatrzymała się z piskiem opon przed nami. – Co się dzieje? – zapytała Emily.
- Amanda właśnie miała pierwszą jazdę bez kół treningowych – wyjaśnił tata.
- Dobrze. Najwyższy czas, żebyś przestała być takim dzieckiem, Manda – powiedziała. Jedynie spojrzałam na nią przymrużonymi oczami. – Nie wściekaj się. Tylko się droczę. – W tamtym momencie najlepsza przyjaciółka Emily, Erica, podjechała na jej rowerze.
- Chodź, Em. Musimy jechać do Shelly. Ma nam coś ważnego do powiedzenia – rzekła Erica.
Emily cofnęła się rowerem i pojechała ulicą, jadąc na jednym kole i krzyknęła do nas przez ramię. – Na razie!
Podziwiając umiejętności rowerowe Emily, tata powiedział. – Widzisz jak dobrze jeździ twoja siostra, księżniczko? Być może jednego dnia będziesz tak świetna jak ona.
Już zdążył zwrócić całą swoją uwagę na Emily, przegapiając moje przewrócenie oczami.

Minęły dwa tygodnie odkąd porzuciłam koła treningowe. Każdego dnia nie mogliśmy się doczekać z Noah, żeby wrócić do domu, odrobić zadanie domowe i ruszyć w drogę. Wolno mi było jechać do domu Porterów, który znajdował się trzy domy ode mnie. Noah mógł jeździć po całym naszym sąsiedztwie.
Jeździł na swoim Schwinnowym czerwono-czarnym BMXie już od ponad roku i był w tym wspaniały. Nie tylko umiał jeździć na przednim i tylnym kole, ale także potrafił zrobić skok króliczy, prowadzić kierownicę jedną ręką i przeskoczyć przez kilka pojemników na śmieci. Noah był taki fajny. Ja nie byłam fajna. Wyraźnie pokazywał to fakt, że miałam osiem lat i jechałam na rowerze bez kół treningowych dopiero od dwóch tygodni.
Zadowalałam się jeżdżeniem do domu Porterów, ale po dwóch tygodniach zjadała mnie pokusa, żeby pojechać dalej. Codziennie błagałam mamę, żeby pozwoliła mi pojechać za zakręt, do domu Noah. Wciąż mi odmawiała, bo jeździłam bez kół treningowych przez krótki czas. Jeszcze nie chciała puszczać mnie dalej.
Wiedziałam, że Noah zaczynał mieć dosyć jeżdżenia w kółko po tym samym kawałku ulicy, w którym byłam zamknięta. Nie skarżył się, ale nigdy nie potrzebowaliśmy słów, żeby wiedzieć co myślało albo czuło drugie.
- Tweet, nie martw się tym. Naprawdę. Nadal mogę ćwiczyć moje triki. Twoja mama za niedługo pozwoli ci pojechać do mojego domu. Już naprawdę dobrze jeździsz.
Za niedługo, ale dla mnie nie dość szybko. Miałam swędzące miejsce, które musiało być podrapane. 
Jechałam obok niego, mówiąc cicho. – Zróbmy to.
- Zróbmy co? – zapytał skonsternowany.
- Pojedźmy do twojego domu.
- Nie sądzę, że to taki dobry pomysł. Twoja mama będzie zła i będziemy mieć kłopoty.
- Nigdy się o tym nie dowie. Pojedziemy tylko jeden raz, a potem od razu wrócimy. Prooooszę, Noah. Powiedziałeś, że naprawdę dobrze jeżdżę.
Odwrócił wzrok, po czym znowu spojrzał na mnie, mówiąc. – Pojedziemy do mojego domu i wrócimy, ale to wszystko. – Potaknęłam z podekscytowaniem głową, zgadzając się ze wszystkim, co wychodziło z jego ust. – Jeden raz. Poważnie, Tweet. Obiecaj mi.
- Obiecuję – odparłam, jednocześnie robiąc krzyżyk na sercu.
Upewniliśmy się, że moja mama nie spoglądała przez żadne z okien. Potem zaczęliśmy jechać. Uczucie było takie samo jak przez ostatnie dwa tygodnie, dopóki nie minęliśmy domu Porterów. Zaczęło narastać podniecenie. Naprawdę to robiłam.
Adrenalina przepływała przez moje żyły, jak serce obijało się o żebra. Noah jechał przede mną, upewniając się, że droga była pusta. Skręciliśmy za rogiem. Wiatr rozwiewał moje włosy. Było niesamowicie, jakbym latała.
Noah podjechał do mojego boku, wołając radośnie. – Radzisz sobie fantastycznie, Tweet! Prawie jesteśmy przy moim domu.
Odjechał, wracając na miejsce na przodzie. Byłam szczęśliwa, wiedząc, że Noah był ze mnie dumny, nie było lepszego uczucia na świecie. Wtedy to się wydarzyło.
Nie wiem, co zrobiłam, ale niespodziewanie zatrząsała się kierownica i straciłam kontrolę nad rowerem. W ułamku sekundy leżałam twarzą na drodze. Nogi skręciły się wokół roweru. Noah musiał spojrzeć do tyłu i zobaczyć, że już za nim nie jechałam.
Usłyszałam jego krzyk. – Tweet!
Podjechał do mnie tak szybko, jak to możliwe, zeskoczył z roweru i pozwolił mu opaść na ziemię. Zaczęły piec mnie wnętrza dłoni i czułam skapującą krew z mojej lewej nogi.
Usłyszałam spanikowany głos Noah. – Trzymaj się, Tweet. Jestem tutaj. Możesz się ruszyć?
Powoli odsunął rower od moich splątanych nóg i odrzucił go na bok. Klęknął obok mnie i pomógł mi usiąść. Zaczęły wypływać ze mnie łzy i szlochy. Wydawało mi się, że moje ręce płoną. Uniosłam je, kiedy Noah na nie podmuchał, próbując je schłodzić. Mój lewy policzek był poczerwieniały i pokryty brudem oraz żwirem. Chwytając dół bluzki, starł z niego ile mógł. Moje lewe kolano było gorszą ofiarą. Skóra była całkowicie zdarta i zwisała po boku. Kolano pokryte było jasnoczerwonym ciałem i sączyła się z niego krew. Kiedy na nie spojrzałam, rozpłakałam się jeszcze mocniej. Noah objął mnie ramieniem, starając się mnie uspokoić.
Przytulając mnie, szepnął. – Strasznie przepraszam, Tweet. Powinienem był zostać z tobą. Zajmę się tobą. Obiecuję. Możesz iść?
Pomógł mi spróbować wstać. Oparłam ciężar na lewym kolanie, a wtedy ból przeszył mnie jak nóż i kolano się poddało.
Trudno było powiedzieć coś przez mój szloch. – Nie mogę iść. Za bardzo boli.
Musieliśmy zejść z ulicy, więc Noah pomógł mi dokuśtykać do podwórka sąsiadów i usiadłam na trawie.
- Nic ci nie będzie, jak pójdę po twoją mamę?
Gorączkowo potrząsnęłam głową. – Nie, nie, nie, nie możesz powiedzieć mojej mamie. Proszę, Noah. Zabierze mi rower i uziemi mnie na zawsze. – Wstrzymałam oddech, czekając z niepokojem, gdy podejmował decyzję.
W następnej chwili poczułam jego lewe ramię pod kolanami, a prawe pod plecami, jak podniósł mnie z ziemi. – Złap mnie za szyję.
Zrobiłam, co kazał. Oparłam głowę o jego bark, gdy Noah niósł mnie ulicą. – Nie jestem dla ciebie zbyt ciężka? – zapytałam. Nadal byłam o wiele mniejsza od Noah, lecz troszeczkę urosłam przez ostatni rok.
- Jesteś lekka jak piórko – powiedział, uśmiechając się do mnie.
- Gdzie idziemy?
- Do mojego domu, mamy apteczkę.
Rodzice Noah byli na podwórku, pracując w ogródku, więc mogliśmy wślizgnąć się do jego pokoju niezauważeni. Delikatnie posadził mnie na swoim łóżku i wyszedł po apteczkę.
Gdy siedziałam, czekając na powrót Noah, milion myśli przebiegało przez moją głowę o tym, jak ukarze mnie mama, jeżeli dowie się o tym ona albo tata. Odgłos otwieranych drzwi sypialni oderwał mnie od rozmyślań zbliżającego się nieszczęścia. Noah zamknął cicho drzwi i usiadł przede mną na łóżku. Spojrzał na moje kolano. Kiedy podniósł wzrok, jego oczy wyglądały na wilgotne. Pochylił się i objął mnie ramionami, gdy ja otoczyłam rękoma jego talię.
- Dziękuję, Noah – wyszeptałam.
- Za co? – zapytał w moje włosy.
- Za zaopiekowanie się mną.
Ocierając oczy, usiadł z powrotem na łóżku i zaczął łagodnie oczyszczać moją twarz wacikiem ze środkiem odkażającym. Gdy alkohol dotknął mojej obdartej skóry, skrzywiłam się z bólem. Widziałam jak Noah wzdrygał się za każdym razem, jak zaczynał ocierać moją twarz.
- Obiecuję, że już nie pozwolę, żeby znowu stało ci się coś złego, Tweet.
Posłałam mu słaby uśmiech. Wziął kolejny wacik i oczyścił moje ręce oraz kolana, mocno starając się, żeby nie sprawić mi bólu.
Jak skończył, moje ręce i twarz już nie wyglądały źle. Zniknęło wiele czerwoności i palenia. Moje kolano było poważniejszym urazem. Noah delikatnie nałożył maść odkażającą i duży plaster. Zostałam w jego pokoju, kiedy wyszedł odłożyć apteczkę. Wydawało mi się, że minęło wiele czasu, zanim wrócił. W końcu drzwi się otworzyły i westchnęłam z ulgą. – Gdzie ty byłeś? Nie było cię przez jakąś godzinę.
Potrząsając głową, spojrzał na mnie z uśmieszkiem. – Nie było mnie przez jakieś dwadzieścia minut. Musiałem iść po nasze rowery. Potem mama zatrzymała mnie w kuchni, kiedy brałem to dla ciebie. – Trzymał ogromny kawałek czekoladowego ciasta z wbitym w niego widelcem. Podał mi go. – Chciała wiedzieć, co kombinuję.
- Co jej powiedziałeś? – zapytałam z ustami pełnymi ciasta i lukru.
- Że tutaj jesteś. Wtedy chciała wiedzieć czy zostajesz na kolację. Tata smaży hamburgery.
- Muszę zadzwonić do mamy i dać jej znać, że tutaj jestem, i zapytać czy mogę zostać. – Czułam łzy osiadające za oczami. Bałam się, że mama będzie wiedzieć, że coś jest nie tak w chwili, kiedy usłyszy mój głos.
- Nie musisz do niej dzwonić. Mama powiedziała, że sprawdzi czy będzie w porządku, jeżeli zostaniesz.
Wydałam kolejne głębokie westchnięcie. To kupowało mi trochę więcej czasu, żeby moje kolano poczuło się lepiej i żeby czerwoność zniknęła z moich rąk i twarzy.
Dostrzegłam wpatrującego się we mnie Noah, kiedy jadłam ciasto. Wyciągnęłam do niego widelec. – Chcesz trochę?
- Nie, potrzebujesz go bardziej ode mnie.
Przysunęłam go bliżej w jego kierunku. – Weź trochę – nalegałam.
Łapiąc widelec, wziął duży gryz, podczas gdy trzymałam mu talerz. Wymienialiśmy się widelcem, dopóki ciasto nie zniknęło.
Po odłożeniu talerza Noah położył się na łóżku, splatając palce za głową. – Czujesz się lepiej?
- Tak. O wiele lepiej – powiedziałam mu.
- Dobrze. Stwierdziłem, że to może pomóc.
- Co?
- Ciasto czekoladowe.
- A to dlaczego? – zapytałam z ciekawością.

Noah uśmiechnął się. – Ponieważ czekoladowe ciasto zabiera ból i wszystko polepsza. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz