niedziela, 23 marca 2014

Wpis 30

Jakość kontra ilość? Większość ludzi wybrałoby jakość. Ja wolałabym mieć jeden ładny samochód niż pięć gównianych. Pomimo, że M&M-sy są smaczne, kawałek czekolady Godiva jest pyszniejszy.
Gdy mierzysz się z potencjalnie śmiertelną chorobą, co jest wtedy ważniejsze? Powinieneś spędzać swoje życie, robiąc to, co chcesz, czując się dobrze, dopóki nie będziesz bliski końca czy powinieneś wykorzystywać każdy dostępny rozwój medyczny?
Nowotworowe kończyny mogą być odpiłowane, nowotworowa skóra może być starta, narządy usunięte i toksyczne chemikalia mogą zostać wpompowane do twojego ciała, wszystko w nadziei dania ci ilości. Czy to wszystko jest tego warte? Czy lęk przed śmiercią jest większy niż lęk przed życiem i walczenie z rakiem?
Dzisiaj odpowiedź brzmi tak.


Chemioterapia miała zacząć się tuż po Nowym Roku. Musiałam przejść przez dziesięć cykli,. Taka będzie część mojego życia przez przynajmniej cztery miesiące, jeśli nie dłużej. Ze wszystkiego związanego z rakiem, najbardziej obawiałam się chemioterapii. Nie wiedziałam czy stracę włosy, będę ciągle wymiotować czy będę miała afty w buzi. Chemia nie tylko atakuje komórki rakotwórcze, ona również powstrzymuje twoje ciało przed stworzeniem dobrych komórek, dlatego zakażenie było wysokim prawdopodobieństwem. Musiałam  być niezwykle ostrożna przy innych ludziach. Zwyczajne przeziębienie mogłoby umieścić mnie na wiele tygodni w szpitalu albo mnie zabić.
Podjechałyśmy z mamą na parking szpitala. Byłam zdezorientowana, ponieważ miałam mieć chemioterapię w klinice. Mama zaparkowała samochód. Zanim wyniosła mój wózek inwalidzki odwróciła się do mnie z poczuciem winy wypisanym na twarzy.
- Amanda, dzisiaj nie będziesz miała chemii. Dzisiaj będziesz miała umieszczony port naczyniowy.
- Nie rozumiem. Co to jest?
- To cewnik, który umieszczą ci tutaj w klatce piersiowej. – Pokazała miejsce tuż pod jej barkiem. – Będziesz spała, kiedy to wsadzą. Jak będziesz miała chemię albo będą potrzebowali pobrać krew, to nie będą musieli cię kłuć. Po prostu wtoczą lek przez cewnik – wyjaśniła.
- Więc przez cały czas ta rzecz będzie wystawała mi z klatki piersiowej? – Poczułam łzy kłujące mnie w oczy. Boże, tak bardzo miałam dosyć już płaczu.
- Przez jakiś czas.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Skarbie, nie chciałam, żebyś martwiła się tym na świętach i żeby nie zniszczyło ci to Bożego Narodzenia.
- Bo rak i amputacja sprawiły, że święta były trochę bardziej wyjątkowe i fajne.
Mama przeniosła wzrok na przednią szybę. Jej broda zaczęła drżeć i łza spłynęła po jej twarzy. – Przykro mi, Amanda. Po prostu myślałam, że to będzie o jedna rzecz mniej, którą będziesz musiała przejmować się na świętach.
- Wiem. Przepraszam za wymądrzanie się.
- Zrobiłabym wszystko, żeby to od ciebie zabrać.
Mama chwyciła mnie za rękę i podniosła ją do jej policzka. Poczułam jak opadły na nią ciepłe łzy. Płakałyśmy tak długo jak było to możliwe, nim skierowałyśmy się do środka na procedurę.

Pierwsza  chemia była parę dni po tym jak umieścili we mnie cewnik. Nie cierpiałam tego, że coś ze mnie wystawało. Nie potrafiłam na to patrzeć.
Weszłyśmy z mamą do pokoju z leżankami stojącymi pod ścianami. Każda miała własny stojak z kroplówką. Tylko parę krzeseł było wolnych. Ten nowotwór próbował wszystkich położyć trupem. Wybrałam jedną z dwóch wolnych leżanek i usiadłam. Kiedy przyszła pielęgniarka wytarła końcówkę mojego cewnika wacikiem z alkoholem zanim pobrała z niego krew. Kolejny raz otarła go wacikiem z alkoholem, powiesiła parę torebek wypełnionych solą fizjologiczną i steroidami, po czym powiedziała mi, że czekają aż przyjadą z apteki leki chemioterapeutyczne.
Mama czytała magazyn, a ja zerkałam na otaczające mnie twarze. Były tam dwie panie w starszym wieku, starszy pan, chłopak wyglądający na mój wiek, który był nawet ładny i młoda dziewczyna, która nie mogła mieć więcej niż 10 lat.
Moja pielęgniarka wróciła trzymając jasnozielone torebki, które wkrótce dowiedziałam się, że zawierały leki chemioterapeutyczne. Założyłam słuchawki, zamknęłam oczy i włączyłam Lifehouse tak głośno jak mogłam bez zakłócania spokoju innym ludziom, podczas gdy toksyczna mieszanka była wpompowywana do mojego krwiobiegu.
Po czterdziestu pięciu minutach chemii nadal czułam się w porządku. Może nie będzie tak źle, jak sądziłam. Otworzyłam oczy i ściągnęłam słuchawki, kiedy mama klepnęła mnie w ramię. – Skarbie, mogę pójść po kubek kawy?
- Jasne.
- Chcesz coś? – zapytała.
- Nie, dzięki.
Gdy wyszła z pomieszczenia dostrzegłam, że większość krzeseł było pustych. Pacjenci, którzy byli tutaj, gdy przyszłam z mamą teraz zniknęli, oprócz uroczego chłopaka. Założyłam słuchawki i zamknęłam oczy.
Niedługo potem poczułam klepnięcie w ramię. Odwróciłam głowę i otworzyłam oczy, myśląc, że mama czegoś zapomniała. Spotkałam się z najgłębszymi ciemnoniebieskimi oczami, jakie kiedykolwiek widziałam. To był ten uroczy chłopak z drugiej strony pokoju, tyle że bliżej był jeszcze ładniejszy. Jego włosy były jasnobrązowe, krótko ścięte i wyglądały jakby dopiero co wyszedł z łóżka. Jego broda pokryta była lekkim zarostem i zabiłabym za jego kości policzkowe oraz nos. I to, i to było idealne. Pochylał się lekko nad podłokietnikiem krzesła, patrząc na mnie i uśmiechając się. Był przystojny.
- Mogę w czymś pomóc? – zapytałam, ściągając słuchawki.
- Nie, nie trzeba. – Nie ruszał się przez parę sekund. O dziwo, nie przeszkadzało mi, że ten uroczy, seksowny nieznajomy stał tak blisko mnie.
Potem wziął mojego iPoda, usiadł na swoim krześle i zaczął go przeglądać. – Zobaczmy, co tutaj mamy. Lifehouse – powiedział, kiwając w aprobacie głową. – Snow Patrol, ładnie. Green Day, świetnie. Tracey Chapman, fajnie. Coldplay i Linkin Park, znakomity gust. O, o, o… moment… co to jest? – Potrząsając głową, powiedział. – Przez chwilę myślałem, że jesteś miłością mojego życia.
- Naprawdę? Co zmieniło twoje zdanie?
- N’Sync. Łamie mi serce.
- Nie ma z nimi nic złego. Dali nam JT.
Unosząc jedną brew, odparł. – Racja. Również dali nam Joey’a Fatone’a. – Odwzajemniłam uśmiech, który mi posłał. – Dalton Connor. – Uścisnęliśmy ręce.
- Amanda Kelly.
- Miło cię poznać, Amando Kelly. Szkoda, że nie może nam się udać.
- Było miło, ale się skończyło – powiedziałam, gdy oddał mi mojego iPoda.
Zauważyłam, że wziął swojego. Zabrałam mu go z ręki i przejrzałam piosenki.
- Zobaczmy, co tutaj mamy. The Police… hmmm. The Stones, Eric Clapton. Jesteś staromodny. – Przejrzałam jeszcze parę innych piosenek. – A teraz co tutaj mamy? Ścieżka dźwiękowa Bodyguarda, Whitney Houston – The Ultimate Collection, Just Whitney i oczywiście żadne kolekcja nie byłaby kompletna bez I’m Your Baby Tonight. – Uśmiechając się z satysfakcją, spojrzałam na niego. – Co masz na swoją obronę?
- Jestem romantykiem. – Rzuciłam mu jego iPoda.
- Więc co gorąca dziewczyna z jedną nogą robi w takim miejscu?
- Um… mam raka.
- To dość oczywiste, mądralo. Jaki rodzaj? – zapytał.
- Kostniakomięsak.
- Etap? – Spojrzałam na niego z wyraźną konsternacją. – Jaki etap ma twój rak? Od jeden do czterech, czwarty jest najgorszy lub najlepszy, zależy od twojej perspektywy.
- Nie mam pojęcia.
- Jesteś takim świeżakiem. Ja mam etap czwarty raka mózgu. Pełen gaz dla mnie, maleńka. – Nie wiedziałam co na to powiedzieć, więc tylko się na niego gapiłam. – Ale nie martw się. Przeprowadzę cię przez zdradliwe wody nowotworowego oceanu i nauczę cię moich sposobów, młody koniku polny.
- Doceniam to, panie Miyagi.
Pokręcił głową. – Nie tylko mieszasz telewizję z bohaterami filmowymi, ale Kung Fu i Karate Kid dzieli jakaś dekada.
- Coś jeszcze?
Powoli kąciki jego ust uniosły się w psotnym uśmiechu. Pochylił się do mnie, jakby miał sekret. – Amando Kelly, czy jesteś legalna?
- Co?
- Czy jesteś w legalnym wieku?
- Dlaczego?
- Bo kiedy nareszcie poddasz się swoim pragnieniom, zerwiesz ze mnie ubrania i się mną zajmiesz, to nie chcę zostać aresztowany i skończyć jako dziewczyna więźnia 25043.
- Myślałam, że nie chcesz, abym była twoją dziewczyną przez mój biedny gust muzyczny.
- Prawda, ale jesteś gorąca i wciąż bym cię pieprzył.
Gdyby ktoś inny na naszym pierwszym spotkaniu co takiego do mnie powiedział, to byłabym bardzo urażona, ale słysząc to od tego chłopaka, którego dopiero co poznałam, mogłam się tylko uśmiechnąć.
- Jesteś obrzydliwy – droczyłam się.
- Jestem również uroczy jak diabli. Wszystkie dziewczyny tak myślą – odparł, puszczając mi oko.
- Najwyraźniej, nie tylko one tak myślą.
- Lubię cię, Amando Kelly i chcę, żebyś została moją przyjaciółką.
- Ja też cię lubię, Daltonie Connor i będę dumna mogąc zostać twoją przyjaciółkę. – Uścisnęliśmy sobie dłonie, cementując naszą nowo znalezioną przyjaźń.
- Więc ta pani co jest z tobą, to twoja mama?
- Tak. Kto jest tutaj z tobą? – zapytałam.
- Jeżdżę solo.
- Gdzie twoja mama?
- Zobaczmy, dzisiaj jest środa… prawdopodobnie popija już trzecią margaritę, siedząc z moim tatą na statku wycieczkowym.
- Są na wycieczce, gdy ty jesteś chory?
- Jestem chory od tak dawna, że nie pamiętam pory, kiedy nie byłem chory. Inni ludzie nie mogą przestać żyć swoim życiem tylko dlatego, że twoje dobiega końca.
Czułam jak moje serce pękało dla tego faceta, którego poznałam tylko piętnaście minut temu.
Przerwał mój pociąg myśli, mówiąc. – Nie patrz tak na mnie.
- Jak?
- Z litością.
- Przepraszam. Po prostu… nie powinieneś sam przez to przechodzić.
- Nie będę musiał, kiedy teraz mam ciebie.

Dalton siedział ze mną tego dnia do końca mojej chemii, chociaż jego skończyła się godzinę przed moją. Poznał mamę i oczarował ją tak samo mocno, jak mnie. Nowotwór został u niego zdiagnozowany gdy miał piętnaście lat i w grudniu skończył dwadzieścia lat. Powiedział mi, że jego lekarze byli zszokowani, że przeżył tak długo. Miał jednego brata mieszkającego w Nowym Jorku, ale poza jego rodzicami nie miał tutaj żadnej innej rodziny.

Było coś w tym chłopaku, z czym od razu się utożsamiałam, poza wspólnym mianownikiem nowotworu. Miałam takie uczucie tylko z Noah. Dalton był słodki, zabawny, mądry, odważny i samotny. Chciałam, żeby pojechał z nami do domu, bym mogła się nim zaopiekować. Znałam go tylko jedno popołudnie i czułam już, że miałam nowego najlepszego przyjaciela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz