wtorek, 11 marca 2014

Wpis 1

Byłam niepewna wielu rzeczy w moim życiu, oprócz tego, że zawsze go kochałam. W każdej minucie każdego dnia, którego byłam na tej planecie, moje serce należało do niego. To nigdy nie było wątpliwością. Miłość ta nabierała wiele różnych form przez mijające lata, ale zawsze była stała.
Są na świecie eksperci od miłości, którzy powiedzą ci, jak ją zdobyć, zatrzymać i otrząsnąć się z niej. Rozkazano nam wierzyć, że miłość jest skomplikowana. To nie miłość jest skomplikowana. To te wszystkie pierdoły, które z nią łączymy i kładziemy na niej, robiąc z niej skomplikowaną rzecz. Jeśli jesteś mądra, zdasz sobie z tego sprawę zanim będzie za późno i to uprościsz.

AMANDA STEWART
NOAH STEWART
NOAH I AMANDA STEWART  


Urodziłam się 23 marca 1990 roku o godzinie 22:57. Noah urodził się 23 marca 1990 roku o godzinie 22:58. Poza tą jedną minutą, która dzieliła nasze narodziny, Noah i ja zawsze byliśmy razem. Dzieliliśmy razem nasze wszystkie pierwsze razy, pierwsze zęby, pierwsze uśmiechy i słowa. Zaczęliśmy raczkować w tym samym czasie i razem zrobiliśmy pierwsze kroki. Nie było ani jednej części mojego życia, która nie obejmowałaby w nim jego.
Kiedy mama Noah wróciła do pracy, moja mama, będąc mamą domatorką, zaoferowała, że zaopiekuje się nim, gdy pan i pani Stewart będą w pracy. Mama uważała, że zajmowanie się dwójką dzieci będzie tak proste jak jednym. W większości sytuacji nie było to prawdą. Dwójka dzieci oznaczała podwójne pieluchy, podwójne karmienie, podwójne wrzaski i podwojony ból głowy. Ale nie ze mną i Noah. Jak tylko byliśmy razem, byliśmy szczęśliwymi dziećmi.
Staliśmy się przedłużeniem samych siebie. Mama mówiła, że rozwinęliśmy swój własny język, tak jak bliźniaki. Dla przeciętnego, niewyćwiczonego ucha, brzmiało to jak jazgot, ale rozumieliśmy z Noah wszystko, co mówiliśmy. Nasz sekretny język trwał, gdy dorastaliśmy.
Związek, który dzieliliśmy wzmacniał się wraz z mijającymi latami. Noah mógł przejrzeć mnie jak nikt inny. Znał moje myśli, humory i uczucia, tak jak ja znałam jego. Gdy dorastaliśmy, nasze instynkty zaostrzyły się i wiedzieliśmy, kiedy te drugie było w potrzebie bez słów.

HALLOWEEN 1996
Nawet w wieku sześciu lat, wiedziałam, że będę wyglądać w tym szkaradnie. Matki wszystkich moich kolegów były gorącymi zwolenniczkami zalet współczesnej Ameryki, tak jak kupnych strojów na Halloween. W 1996 moja mama postanowiła, że to będzie cudowne wspomnienie z dzieciństwa dla mnie i Emily, żeby mieć stroje domowej roboty. Obwiniam w stu procentach Marthę Stewart, za spowodowanie tego tymczasowego obłędu mojej matki. Mama nie miała w swoim ciele artystycznej kości.
Emily chciała być księżniczką. Brała lekcje baletu odkąd skończyła pięć lat, więc miała wszelkie zadatki na przyzwoity strój księżniczki.
Mama wzięła parę spódniczek baletowych Emily i skleiła je jedna na drugiej u spodu sukni. Góra była zrobiona z ciemnoróżowego trykotu Emily. Mama polała go klejem, po czym porozrzucała na nim garść brokatu. Zakończyła swoje dzieło diademem zrobionym z folii aluminiowej i różnokolorowymi szklanymi kulkami, jako królewskie klejnoty. Jeżeli rzucić na coś wystarczająco brokatu, ludzie zostaną rozproszeni przez blask i nie zauważą tak bardzo brzydoty.
Ja za to chciałam być kowbojką. Strój kowbojki był najprostszy. Potrzeba było tylko pary spodni, zwykłą koszulę, kamizelkę, parę botków i kapelusz. Ta-da, kowbojka! Nie wymaga kleju ani brokatu. Miałam wszystko, czego potrzebowałam oprócz najważniejszej rzeczy.
Byłam z mamą w sklepie, kiedy go zobaczyłam. Zrobiony był z jasnoczerwonego filcu, rondo było białe, a na przodzie było wyszyte słowo „kowbojka”. To była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Moje serce zaczęło bić nierówno.
Chwyciłam kapelusz i podbiegłam do mamy, uśmiechając się z podnieceniem. – Mamo, spójrz na to. Czy to nie jest najdoskonalszy kapelusz kowbojki, jaki widziałaś?
- To bardzo ładny kapelusz, Amando. Teraz idź go odłóż. Mamy więcej zakupów do zrobienia – powiedziała, pchając wózkiem z zakupami w jedną z alejek.
Uśmiech zszedł z mojej twarzy. Biegłam za nią, przyciskając kapelusz do piersi. – Ale mamo, potrzebuję go.
- Po co, skarbie?
- Um… na mój strój Halloweenowy. – Sarkazm płynął przez każde słowo, towarzyszył mu uśmieszek i przewrót oczami.
- Ja robię ci strój w tym roku, Amando. Wiesz o tym. – Podążałam za nią, kiedy szła alejką, skupiając więcej uwagi na przedmiotach, które wkładała do wózka niż na mnie.
- Chcę być kowbojką. To najprostszy kostium do zrobienia. Już mam wszystko oprócz kapelusza. Potrzebuję go, mamo – błagałam.
Spojrzała na mnie przez ramię, pytając. – Dlaczego chcesz być kowbojką?
- Bo kowbojki są fajne – powiedziałam.
Jakby to nie była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Noah będzie fajnym rycerzem. Ja chcę być fajną kowbojką i będę nią, jeśli będę miała ten kapelusz. Proszę, mamo.
Zatrzymała się i kucnęła przede mną, zniżając się do mojego poziomu wzrokowego i powiedziała. – Skarbie, będziesz najfajniejszym dzieckiem, robiąc cukierek albo psikus tego roku.
- Więc mogę wziąć kapelusz? – Poczułam, jak uśmiech powoli wraca na moją twarz. Czekałam z wielkim oczekiwaniem, aż słowo „tak” wypłynie z jej ust.
- Nie. Zgadnij czym będziesz na Halloween? – Uśmiechnęła się do mnie z niebieskoszarymi oczami wypełnionymi podekscytowaniem. Wstając, zaczęła grzebać w wózku zakupowym. Kiedy odwróciła się z powrotem, trzymała największą torbę jasnożółtych piór, jaką widziałam. Spojrzałam na nią ze skonsternowaniem. – Będziesz Kanarkiem Tweety! Czy to nie fajnie?
Byłam oniemiała. – Nie chcę być Kanarkiem Tweety. Chcę być fajną kowbojką. Czemu nie mogę być kowbojką? – zajęczałam.
- Ponieważ mam już wszystkie rzeczy, żeby zrobić Tweety’ego – odparła, wrzucając wielką torbę piór do wózka.
- Mogłybyśmy odłożyć te rzeczy i kupiłabyś mi ten fajny kapelusz kowbojki.
- Amanda, w tym roku będziesz Kanarkiem Tweety. Przestań się ze mną kłócić. Musisz spróbować być bardziej jak twoja siostra. Ona nigdy nie sprawia mi żadnego kłopotu. Możesz być kowbojką w następnym roku. Teraz idź odłożyć kapelusz.
Z opuszczonymi ramionami i głową pochyloną w porażce, powoli powłóczyłam stopami po alejce, żeby odłożyć idealny kapelusz kowbojki na półkę. – Nie chcę być głupim Tweety. Chcę być kowbojką. To mój kostium – narzekałam.
- Amanda, pośpiesz się! Musimy iść.
Moja mama miała taką obsesję na punkcie zrobienia kostiumu Tweety’ego, że zaczęłam się zastanawiać czy myślała, że moja głowa wygląda jak pełen żółci bąbel z napuchniętymi policzkami i ustami.


Budowa kostiumu Tweety’ego była piekłem, którego żadne dziecko nie powinno doświadczać. Mama znalazła instrukcje w czasopiśmie jak zrobić ten strój. Niestety nie wiedziała, gdzie je położyła, ale była pewna, że będzie w stanie sama coś wykombinować.
Stałam w naszym salonie ubrana w ciasny, jasnożółty trykot, który mama kazała mi założyć na spodenki i bluzkę. Weszła do pokoju niosąc naręcze zaopatrzenia i zrzuciła je na podłogę obok mnie. – Fiu! Dobra, zaczynajmy zabawę – powiedziała, pocierając razem dłonie. Nie mogłam uwierzyć w to jak bardzo ekscytowała się tym głupim strojem ptaka.
Zaczęła rozkładać jej produkty, jak z trudem łapałam powietrze i odezwałam się. – Mamo?
- Hmmm…?
- Ten trykot jest za ciasny. Nie mogę oddychać. – Wciągnęłam do płuc tyle powietrza, na ile pozwalał ten strój.
- Musi być trochę obcisły, Amando. Inaczej pióra go przeciążą i zapadnie się. Nie chcesz być zapadającym się Tweetym, prawda?
- W ogóle nie chcę być Tweetym – mruknęłam.
- Dosyć tego. Nie wiem dlaczego jesteś taka trudna. Twoja siostra nie skarżyła się na jej kostium.
- To dlatego, że ona będzie księżniczką wróżek, tak jak chciała.
- Zaczynajmy.
Mama wyciągnęła jeszcze kilka rzeczy z jej torby na zakupy, po czym podeszła do ściany, aby podłączyć pistolet z gorącym klejem. Kiedy odwróciła się, pistolet z klejem był wycelowany prosto we mnie.
Natychmiast uniosłam brwi, czułam jak moje gałki oczny wychodzą ze swoich orbit, gdy krople potu spłynęły po moim karku. Mój głos drżał, jak zapytałam. – Nie zamierzasz strzelić do mnie gorącym klejem, prawda? Obiecuję, że nie powiem już nic złego o Tweetym.
- Och, Amanda, jesteś taka dramatyczna. Nie ochlapię cię gorącym klejem. Muszę pomyśleć, gdzie umieścić pióra, kiedy masz na sobie ten trykot.
Wyciągnęła dużą taśmę samoprzylepną, zaczęła odrywać małe kawałki i zwinęła je. Potem poprzyklejała je na mnie. Biorąc garść jaskrawożółtych piór, zaczęła przyciskać je do mojego ciała. Przewróciłam się parę razy, gdy robiła się trochę za bardzo rozentuzjazmowana.
Po tym jak pomogła mi wyjść z izby tortur, patrzyłam jak ściągała z trykotu część piór i przyklejała je z powrotem gorącym klejem. Wzdychając głęboko, odwróciłam się i poszłam do mojego pokoju. Nie mogłam znieść dłuższego obserwowania.

Za każdym razem, jak przechodziłam obok mojej pierzastej ohydy, marszczyłam twarz ze wstrętem. Halloween będzie za tydzień. Nie pozostało wiele czasu. Potrzebowałam pomocy dorosłego, jeżeli chciałam mieć jakiekolwiek szanse na zmianę zdania mojej mamy co do tego stroju ptaka.

Jednego wieczoru przed kolacją, znalazłam tatę w salonie, samotnie siedzącego na leżance, oglądając dziennik wieczorny. Przechyliłam się przez poręcz krzesła i pocałowałam go w policzek. – Tatusiu, mogę cię o coś zapytać?
- Może to poczekać do końca wiadomości? – Nie odrywał spojrzenia od telewizora.
Zacisnęłam usta i cofnęłam się. – Chyba tak. Jak długo to potrwa? – zapytałam, obgryzając paznokieć kciuka.
Spojrzał na mnie kątem oka, celując pilotem w stronę telewizora i wyciszył dźwięk. Odwracając się do mnie, zapytał. – O co chodzi, kochanie?
Odchrząkując, popatrzyłam mu prosto w oczy. – Proszę, pogadaj z mamą i powiedz jej, żeby pozwoliła mi być kowbojką na Halloween.
- Amando, wiesz, jaka jest twoja matka, kiedy przyjdzie jej pomysł do głowy. Poza tym z tego co widziałem, to całkiem fajnie wyglądający kostium.
Słodki maluteńki Jezusie, proszę, nie pozwól, żeby obłęd był cechą dziedziczną w tej rodzinie.
- Ale tatusiu, widziałeś go tylko, jak leżał na stole. Wygląda jak kupa piór.
- Wiesz co, Amanda, masz wielkie szczęście, że masz mamę, która kocha cię tak mocno, żeby zrobić ci kostium Halloweenowy. W Chinach są dzieci, które nie mają takiego szczęścia.
- Czy w Chinach w ogóle mają Halloween? – zapytałam.
- Jestem pewien, że tak. – Jego uwaga odwróciła się z powrotem do telewizora, kiedy podnosił się dźwięk.
Pochyliłam się nad poręczą krzesła, tak obracając ciałem, że patrzyłam w górę, starając się zwrócić uwagę taty z powrotem na mnie. – Może moglibyśmy wysłać im mój kostium Tweety’ego, a ja mogłabym być kowbojką?
- Dobry pomysł, ale w Chinach nie wiedzą kim jest Tweety. Nie mają tam Ulicy Sezamkowej. Teraz pozwól mi skończyć oglądanie wiadomości. – Wzrok skupiony miał przed sobą.
Odepchnęłam się od podparcia, wstając. – To jest inny ptak, tato.
Wyprostowując się, patrzyłam na niego przez kilka sekund, ale on już stracił zainteresowanie moim problemem. Głośno fuknęłam i zacisnęłam usta, odwracając się i odchodząc, wiedząc, że przegrałam kolejną bitwę.

Nareszcie nadszedł dzień Halloween. Wolno nam było w tym dniu przyjść do szkoły w naszych strojach. Tego poranka, gdy weszłam do salonu, dostrzegłam mamę pochylającą się i zbierającą kupkę piór, które oderwały się od mojego kostiumu. Stało się to codziennym rytuałem, co wywoływało we mnie uśmiech i dawało mi nadzieję. Jeżeli pióra nie czepiały się, to nie będzie kurczaka. Może jednak spełnią się moje marzenia bycia kowbojką.
Chrząkając, odezwałam się. – Mamo, nie masz nic przeciwko, jeśli nie założę mojego stroju Tweety’ego do szkoły? Nie chcę go zniszczyć przed wieczorem.
Położyła na stoliku naręcze piór, szybko wstała i odwróciła się w moją stronę, próbując ukryć za sobą pióra. Nie chciała przyznać faktu, że Tweety miał poważny problem z linieniem. Wahała się przez chwilę, kilka razy przesuwając dłonią po karku, spoglądając na stos piórek.
- Pewnie, tak byłoby dobrze. Będę miała czas, żeby trochę go wystroić przed wieczorem. Może pójdziesz do szkoły jako kowbojka. Wspominałaś o byciu kowbojką, prawda?
Tylko jakieś tysiąc razy.

Gdy nadszedł czas przygotowania się na cukierek albo psikus, mama przykleiła z powrotem wszystkie pióra do trykotu. Moje marzenia bycia kowbojką zostały zniweczone.
Reszta kostiumu Tweety’ego składała się ze starej pary potarganych pantofli, pomalowanych na złoto. Pozostało kilka dodatkowych piór, zatem mama postanowiła, że Tweety potrzebuje opaski. Wtedy przyniosła spory słój śliskiego, neonowo-żółtego makijażu, który byłam pewna, że był naładowany toksynami. Wyglądał jak coś, co miała z lat ’80, kiedy najwyraźniej w porządku było smarowanie swoich dzieci truciznami. Ostatnim dodatkiem upokorzenia była garść brokatu, który na mnie posypała, pokrywając moją głowę, ramiona i klatkę piersiową. Wyglądałam jak owoc miłości Wielkiego Ptaka i Liberace.
Nadszedł czas. Próbowałam opóźnić wyjście na tyle, na ile było to możliwe, czekając aż słońce zniknie z nieba. Stwierdziłam, że ciemność będzie moją przyjaciółką. To była ciepła noc, więc nie musiałyśmy z Emily ubierać kurtek. Byłam chętna zaryzykować wysokostopniową gorączkę, aby ukryć ten żółty-pokryty-brokatem koszmar, który na sobie miałam, ale mama nie chciała o tym słyszeć.
Emily i ja zawsze robiłyśmy razem cukierek albo psikus. To jej pracą było trzymanie mnie za rękę, dzwonienie do drzwi i mówienie cukierek albo psikus. Ja musiałam tylko zbierać słodycze. W tym roku, ponieważ miała dziesięć lat, Emily chciała iść ze swoimi koleżankami. Mama podjęła, tak jak ja to czułam, bardzo słaby rodzicielski wybór, kiedy pozwoliła Emily pójść z jej koleżankami, zamiast zostać ze mną i podtrzymywać tę świętą tradycję rodzinną. Czy ona w ogóle o mnie nie myślała? Czy ona nie rozumiała, że będę cierpieć z powodu poważnego braku słodyczy, bez Emily u mojego boku?
Staliśmy u podnóża podjazdu Deanów, przełknęłam ciężko ślinę, patrząc jak moja siostra odchodzi ze swoimi koleżankami do domu innego sąsiada.
Mama musiała wyczuć mój strach, ponieważ przyciągnęła mnie do swojego boku i szepnęła. – Możesz to zrobić, Amando. Jesteś już dużą dziewczynką. Nie ma czego się bać. Twoja siostra miała pięć lat, kiedy zaczęła sama chodzić do drzwi. Ja będę tutaj stała. – Puściła moją rękę i odsunęła się ode mnie.
Dalej stałam tam jak wryta w ziemię. Czułam się porzucona i samotna. Nienawidziłam tego. Bałam się potwora otwierającego jedne ze drzwi. Nigdy nie widziałam potwora w naszym sąsiedztwie, ale dla wszystkiego był pierwszy raz.
Choć bardzo chciałam, nie potrafiłam poruszyć moimi złocistymi stopami. Czułam jak moja twarz robi się cieplejsza, gdy motylki pojawiły się w moim brzuchu. Byłam zbyt przerażona, aby się ruszyć. Oczy zaczęły szczypać mnie od łez, które się gromadziły. Chociaż mogły być spowodowane trującą substancją rozmazaną na mojej twarzy.
Wzięłam głęboki wdech, spuszczając wzrok, próbując znaleźć odwagę, kiedy dostrzegłam mały stos piórek zbierający się u moich stóp. Podążyłam wzrokiem za szlakiem prowadzącym aż do mojego domu. Ulica była pokryta tak wielką ilością piór, że wyglądała jak droga do szczęścia. Gdy podniosłam wzrok, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. W moim kierunku szła Andrea Morgan ubrana w pełny kostium Dorotki, idąc razem z jej małym pieskiem.
Spojrzałam przez ramię na mamę, potem na drzwi wejściowe Deanów, po czym znowu na mamę.
- Idź, Amanda. Nie bądź dzieckiem – powiedziała mama.
Łzy zaczęły spływać po mojej twarzy. Musiałam podjąć decyzję. Czas był bardzo istotny. Musiałam nabrać odwagi, podejść do tamtych drzwi i zebrać trochę cukierków zanim odpadnie reszta moich piór, pozostawiając mnie nagą jako Kanarek Tweety.
Popatrzyłam na dom Deanów. Widziałam jak moi koledzy szli podjazdem z torbami przepełnionymi rozkosznością. Rozkosznością, której nie będę miała, jeżeli się nie ruszę.
Wtedy go zobaczyłam, mojego rycerza w plastikowej zbroi z niebieskimi oczami wyzierającymi spod kaptura razem z odrobinką ciemnobrązowych włosów.
Ekscytowałam się za każdym razem, gdy go widziałam. Noah był ode mnie o wiele wyższy. Ja byłam dosyć niska jak na mój wiek. Kilka dzieci w szkole lubiło dokuczać mi z tego powodu, ale nie wtedy, gdy był w pobliżu Noah. Nigdy nie pozwalał, żeby ktoś był dla mnie okropny.
Schodził samotnie z podjazdu, kierując się prosto do mnie. Jego torba wyładowana była cukierkami.
Gdy doszedł do mnie, chwycił rękaw swojej bluzki i otarł moje łzy. – Nie płacz.
- Nie zdobędę dzisiaj żadnych słodyczy. Moje pióra odpadają i zostanę naga na ulicy. – Szlochałam tak mocno, że moje słowa wychodziły jak czkawki. Oboje spojrzeliśmy za mnie. – Widzisz te pióra?
- Otwórz twoją torbę. – Noah zaczął zapełniać ją garściami cukierków z jego torby.
- Noah, nie musisz oddawać mi wszystkich swoich słodyczy.
- Nie daję ci wszystkich. Daję ci połowę. – Uśmiechnął się do mnie i wiedziałam, że wszystko będzie w porządku.
Kiedy zrobiliśmy transfer cukierków, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć mnie do podjazdu Stevensonów. Wyrwałam mu dłoń i zatrzymałam się. – Co ty robisz?
- Zamierzam wziąć cię na cukierek albo psikus i pokazać ci, że nie ma czego się bać – odparł.
Spojrzałam na Noah i wpatrzyłam się w jego ufne oczy. Nieśmiało wyciągnęłam rękę, a on zaprowadził mnie do następnego domu.
Noah podprowadził mnie do drzwi wejściowych i zadzwonił dzwonkiem. Moje serce zaczęło szybciej bić i spociły mi się dłonie. Drzwi otworzyły się powoli i wyszła pani Stevenson, przebrana za dużego, grubego kota. Rozśmieszyła mnie. Noah puścił moją rękę, żebym mogła otworzyć torbę, a on mógł wytrzeć dłoń o swój kostium. Pani Stevenson dała mi dwa kwaśne, jabłkowe lizaki za moją odwagę tego wieczora.
Po paru domach i kiedy moja torba była pełna od cukierków, zeszliśmy z Noah ręka w rękę z ostatniego podjazdu. Zatrzymując się na dole, odwróciłam się i pocałowałam go w policzek.
- Dziękuję ci, Noah.
Uśmiechnął się. – Zawsze zaopiekuję się tobą i upewnię się, że masz słodycze, Tweet.

Po raz pierwszy nazwał mnie tym przezwiskiem, które przyczepi się do mnie na zawsze. A pomimo mojego kompletnego zdegustowania kostiumem Kanarka Tweety, nie miałam nic przeciwko byciu nazywaną „Tweet” przez Noah. Tak naprawdę, to kochałam to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz