niedziela, 23 marca 2014

Wpis 31

Dziś po raz pierwszy nie chciało mi się nic pisać od dnia, kiedy nauczyłam się pisać. Były dni, kiedy nie wiedziałam o czym napisać, ale pragnienie pisania było zawsze.
Pisanie jest częścią tego, kim jestem. Moją tożsamością. Rak nie tylko wyżera moje ciało, wyżera również to, kim jestem i to, co kocham. Nie uważam siebie za zbyt silną osobę. Nie wiem jak wiele zniosę zanim się załamię. Wiem tylko, że czuję jak pęknięcie robi się dłuższe i szersze za każdym razem, gdy rak pożera kolejną część mnie.


Skutki chemioterapii są gorsze od posiadania raka. Osoba mogłaby żyć przez wiele lat z rakiem rosnącym wewnątrz niej i nigdy się o tym nie dowiedzieć, dopóki nie zbada jej lekarz i jej tego nie powie. Kiedyś zastanawiałam się jak osoba może mieć raka, mieć tylko parę miesięcy życia i nie czuć jego efektów. To dlatego, że rak jest przebiegłym łajdakiem, który skrada się i pożera cię, zanim w ogóle zorientujesz się, co się dzieje.
Chemia, z drugiej strony, jest głośna i dumna. Nie pozwoli ci zapomnieć, że jesteś ciągle obecna w twoim życiu. Nie tylko daje ci o tym znać, kiedy atakuje twoje ciało w klinice, ale również podąża za tobą do domu i tam się wprowadza. Zaczęłam odczuwać efekty krótko po tym jak wróciłam do domu leczeniu numer jeden.
Początkowo myślałam, że to stres i niepokój, który przeżywałam cały dzień w końcu mnie dopadły. Gdy dzień się ciągnął czułam się coraz gorzej. Pierwszą widoczną oznaką raka zabijającego substancje chemiczne płynące w moim ciele był pierwszy raz, kiedy poszłam sikać. Mocz był czerwony i to mnie przeraziło. Naprawdę powinnam była przeczytać wszystkie informacje, które doktor Lang podał mi o chemioterapii.
Drugim efektem ubocznym było uczucie wzrastającego wewnątrz mnie żaru. Zaczęło się w klatce piersiowej, a potem promieniowało w całym ciele. Połączone to z urojonym bólem, który wciąż odczuwałam sprawiało, że chciałam strzelić sobie w głowę.
Następnego dnia, gdy się obudziłam po jednej godzinie snu, byłam zaczerwieniona na całym ciele, a moja twarz była gorąca i opuchnięta. Później tego dnia dostałam mocnych niestrawności i czkawek. Czkawki nie były normalne. Były tak silne, że potrząsały moim ciałem i trwały godzinę lub dłużej.
Zaczęły pojawiać się mdłości, parę godzin po tym jak zaczęły się niestrawności. Nie były to normalne mdłości, gdzie czuło się wpadającą na ciebie falę. Mdłości chemioterapii były ostrym bólem, który ciągle dźgał mój brzuch. Przypominało mi to mój urojony ból. Cierpienie cię szokuje, bo jest tak jakby pojawiało się znikąd. Ilekroć wymiotowałam gardło paliło mnie jeszcze bardziej. Mdłości były nieustające. Po trzech epizodach wymiotowałam całą zawartość żołądka. Potem wymiotowałam już tylko śliną, co pozostawiało mój brzuch i plecy w nieznośnym bólu.
Zawsze myślałam, że chemia odbiera ci apetyt. Może dla niektórych tak było, ale mój apetyt wzrósł w szalonym tempie. Umierałam z głodu. Chciałam jeść i próbowałam, ale w mojej buzi powstało parę aft i ból, który czułam, kiedy ocierało się o nie jedzenie lub picie nie był tego warty.
Dnia trzeciego po pierwszej chemii byłam wyczerpana. Nie chodziło mi o trochę zmęczoną. Ledwo co mogłam unieść głowę z poduszki, tak bardzo byłam wyczerpana. Od trzech dni żyłam na koktajlach i soku jabłkowym zanim zaczynała się biegunka i paliło mnie, jakby ktoś wziął gorącego pogrzebacza, wsadził mi go do tyłka i tam go zostawił.
Czułam wlewającą się we mnie depresję. Nadal opłakiwałam stratę mojej nogi i skutki chemii powodowały, że coraz bardziej zagłębiałam się w rozpacz. Nie potrafiłam tego robić. Nie byłam wystarczająco silna. Zastanawiałam się nad zadzwonieniem do doktora Langa i powiedzeniem mu, że chcę zatrzymać chemię i zdam się na los.
Noah dzwonił do mnie kilka razy dziennie, chcąc do mnie przyjść, ale nie mogłam pozwolić na to, żeby taką mnie zobaczył. Może będę mogła go zobaczyć w tygodniach wolnych od chemii. Poza tym zaczął się jego drugi semestr i była jeszcze Brooke. Nie musiał spędzać czasu na oglądaniu jak wymiotuję. Również postanowiłam, że muszę trochę się od niego odsunąć. Po tym jak czułam się patrząc jak wychodził w Boże Narodzenie wiedziałam, że zrobiłam się od niego bardziej zależna i w pewnej chwili nie będę w stanie dać mu odejść. Przyrzekłam sobie, że nie obciążę Noah. Chciałam, żeby miał szczęśliwe normalne życie, a nie takie, gdzie byłby dla mnie pielęgniarką.

Moja druga runda chemioterapii była jeszcze gorsza, jeśli było to możliwe. Byłam w łazience wymiotując wnętrzności, kiedy usłyszałam głosy w przedpokoju. To był Noah. Kłócił się z Emily. – Noah, ona ma zły dzień.
- Muszę ją zobaczyć, Emily.
- Teraz nie jest dobra pora. Jest dzisiaj bardzo chora. Chemia uderzyła ją mocniej w tym tygodniu.
- Chcę się nią zająć.
- Noah, proszę, idź…
- Nie. Odpychała mnie od świąt i nie rozumiem dlaczego. Obiecałem jej, że razem to przetrwamy. Nie widziałem jej od dwóch tygodni. Muszę ją zobaczyć. Proszę, Emily.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi i odezwała się Emily. – Manda, wszystko w porządku? Mogę wejść?
Usiadłam na kafelkowej podłodze, opierając plecy o wannę. – Tak. – Mój głos brzmiał strasznie słabo. Wyczerpanie pojawiło się wcześniej w tym tygodniu. Ledwo co mogłam usiąść.
Drzwi powoli się otworzyły i weszła Emily, zamykając je za sobą. Wyciągnęła szmatkę, zmoczyła ją ciepłą wodą i przycisnęła ją do mojego czoła. – Noah jest tutaj i chcę się z tobą zobaczyć.
- Emily…
- Powiedziałam mu, że jesteś chora, ale… Manda, gdybyś mogła zobaczyć wyraz jego twarzy. Złamał mi serce. Wygląda na tak smutnego i zagubionego. On chce być tu dla ciebie.
- Nie musi spędzić życia zajmując się mną – szepnęłam.
- Ale myślę, że on tego chce.
- Chcę iść teraz do łóżka.
Emily pomogła mi wstać. Wciąż przyzwyczajałam się do mojej nowej nogi. Facet od nóg powiedział, że ostatecznie będę czuła, że jest ona częścią mnie. W tej chwili wydawała się ważyć tonę i cholernie niewygodnie było nią manewrować.
Kiedy stanęłam na nogi, moje kolana były słabe i wygięły się pode mną. Kolana uderzyły o podłogę i posłały przeszywający ból do nóg. Zaczęłam płakać spazmatycznie. Potem czułam ciepłą ochronę ramion Noah, kiedy mnie uniósł i zaniósł do mojej sypialni, przez cały czas szepcząc w moje włosy. – Mam cię, Tweet. Zajmę się tobą.
Nie mogłam przestać płakać. Czułam się fizycznie i psychicznie pokonana, nie potrafiłam się zebrać. Emily stała w progu ze łzami spływającymi po jej twarzy. Siedząc przede mną na łóżku Noah położył ręce na mojej twarzy i starł moje łzy kciukami.
Spojrzałam na niego rozmazanym wzrokiem i powiedziałam. – Tak bardzo jest mi wstyd.
- Dlaczego? – zapytał.
- Bo już nie umiem nic sama zrobić. Każda część mojego ciała wydaje się być chora. Chcę umrzeć. – Popatrzyłam na niego błagalnie. – Noah, powiedz im, żeby dali mi odejść. – Moje szlochy stały się tak ciężkie, że trudno było mi złapać oddech. Słyszałam jak Emily mocniej płakała.
Noah usiadł za mną i otoczył mnie ramionami, przyciskając moje plecy mocno do jego torsu. Schował twarz w mojej szyi. Poczułam jak zrobiła się mokra od jego łez, gdy szepnął. – Nie mogę tego zrobić. Za bardzo cię potrzebuję. Nie zostawiaj mnie.
Zasnęłam i spałam mocno przez całą noc po raz pierwszy od tygodnia. Gdy obudziłam się następnego ranka powodem dla którego tak dobrze spałam było to, że jego ramiona wciąż mnie oplatały.

Dalton pomagał mi przejść przez moje złe dnia tak, jak tylko mógł. Dzwonił codziennie, żeby sprawdzić co u mnie i przychodził spędzać ze mną czas, kiedy miał dobry dzień. Nawet poszedł ze mną do szpitala, kiedy usunęli mój port naczyniowy. Dostało się do niego zakażenie. Ponieważ były we mnie leki chemioterapeutyczne, mój układ immunologiczny został posłany do piekła, zatem cewnik musiał zostać natychmiast usunięty. Powiedziałam doktorowi Langowi, że nie chcę mieć kolejnego. Nienawidziłam tego pomysłu i widoku czegoś co wystawało z mojego ciała. Będę musiała wziąć się w garść i radzić sobie z wkłuciami kroplówki.
Nie wiem jakbym przez to wszystko przeszła bez Daltona. Moja rodzina i Noah byli wielką pomocą, ale mogli tylko czuć empatię. Dalton wiedział, co czuło moje ciało i jak mój umysł próbował to wszystko przetrawić. Nie musiałam mu nic tłumaczyć. Odczytywał mnie tak samo jak Noah.
Stałam się bardzo przywiązana do Daltona w stosunkowo krótkim okresie czasu. Widziałam, że rodzice i Emily byli zmartwieni, że robiłam się zbyt przywiązana patrząc na ich miny kiedykolwiek widzieli nas razem albo opowiadałam im o nim. Nie wiedziałam jakie były moje uczucia do niego. Wiedziałam tylko, że potrzebowałam go w moim życiu. Zawsze myślałam, że dla każdej osoby istnieje tylko jedna bratnia dusza. Dalton sprawił, że się nad tym zastanowiłam. Może niektórzy ludzie mają na tyle szczęścia, żeby mieć w życiu dwie bratnie dusze.

Tygodnie chemioterapii były jak życie w filmie Dzień świstaka. Do tej pory miałam cztery cykle i były niemal identyczne, te same mdłości, wymiotowanie, wyczerpanie itd. Jedyną dobrą rzeczą w tych tygodniach było to, że mogłam spędzić czas z Daltonem. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu podczas naszych tygodni bez chemii, ale czułam, że to podczas chemioterapii nawiązaliśmy największą więź. Oboje tkwiliśmy w tym pokoju przez cztery godziny, więc nie było nic do roboty prócz rozmawiania.
Czułam się jakbym znała Daltona całe życie, a to były tylko dwa miesiące. Czułam z nim pewną wygodę, której nie czułam teraz z innymi ludźmi, wliczając w to rodzinę i nawet Noah. Odkąd zaczęło się całe te nowotworowe życie, ciągle miałam ochotę na czucie się normalnie, a Dalton mi to zapewniał. Wszyscy inni rozmawiali ze mną o raku albo amputacji. Dalton pomagał mi czuć się normalnie nawet kiedy oboje byliśmy napompowani chemikaliami.
- Ulubiony film? – zapytał.
- Mam cztery.
- Nie możesz mieć czterech – zaprotestował.
- Czemu nie?
- Ulubieniec, osoba lub rzecz traktowana z wielbieniem lub preferencją. Możesz mieć ulubiony dramat i ulubioną komedię, ale nie możesz mieć kilka ulubieńców w tej samej kategorii. – Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami. On i jego szalone zasady.
- Mam cztery… - Uniosłam cztery palce i pomachałam nimi przed jego twarzą. - …ulubione komedie. – Fuknął i potrząsnął głową.
- Klub winowajców, Wolny dzień Ferrisa Buellera, Szajbus i Forrest Gump.
- Oj, widzę, że jesteś fanką klasyków.
- I wszystkiego, co ma w sobie George’a Clooney’a. – Znowu potrząsnął na mnie głową. – Jaki jest twój ulubiony?
- Szklana pułapka.
- Który? – spytałam.
- Wszystkie.
- Dopiero co zgromiłeś mnie za posiadanie czterech ulubieńców. Jest pięć części Szklanej Pułapki.
- Są częściami tego samego filmu.
- Twoja logika jest zawiła.
- Trochę zbyt intelektualna, żebyś pojęła?
- Ugryź mnie.
- Jasna cholera! Czekałem dwa miesiące, żebyś pozwoliła mi to zrobić. – Wybuchłam śmiechem strasząc Estelle, jedną ze starszych pań, która miała chemioterapię w tym samym dniu co Dalton i ja.
- Ulubiony tekst z filmu? – zapytałam.
- Ty tak na serio? Jupikajej, sukinsynu. – Nie próbowałam ukryć wywrócenia oczami.
Dalton zamknął oczy i oparł głowę o krzesło. Siedzieliśmy w relaksującej ciszy. Rozglądając się po pokoju zauważyłam, że zostaliśmy tylko ja, Dalton i Estelle. – Hej, Dalton?
- Mmmhmmm?
- Nie ma dzisiaj Ashley i nie było jej na ostatniej chemii. – Ashley była małą dziewczynką, którą widziałam pierwszego dnia chemioterapii. Była cicha i nieśmiała, ale bardzo słodka. – Zastanawiam się czemu.
- Nie żyje. – Jego słowa mną wstrząsnęły.
- Co takiego? – Odwrócił do mnie głowę i otworzył oczy.
- Powiedziałem, że nie żyje.
- Dalton, to okropna rzecz do powiedzenia. Nie wiesz tego.
- Tak, wiem. Byłem na jej pogrzebie w zeszłym tygodniu.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Poszłabym.
- Nie sądziłem, że twoim pierwszym nowotworowym pogrzebem powinien dotyczyć dziesięciolatki. Są dość brutalne.
Patrzyłam się przed siebie, nie wiedząc co powiedzieć. Poczułam na ręce ciepłą dłoń i lekki uścisk, przez co przeniosłam na niego spojrzenie. – Hej, nic ci nie jest? – zapytał.
- Nie. Myślałam, że może polepszyło jej się i nie musiała już tutaj przychodzić. Głupie, co?
- Nie głupie, tylko naiwne.
- Boisz się umierania? – zapytałam.
Odwrócił głowę i spojrzał na sufit, rozważając odpowiedź. – Tak, boję się umierania, ale nie boję się bycia martwym.
- Jaka jest różnica?
- Umieranie jest procesem. Śmierć oznacza, że już dotarłaś do swojego celu. – Obrócił się do mnie, jego ciemnoniebieskie oczy przeszywały moje tak, jakby potrafiły zajrzeć w moją duszę. – A ty? Boisz się umierania?
- Ostatnio czuję, że boję się wszystkiego, umierania, życia, wtorków.
Zauważyłam, że nadal trzymaliśmy się za ręce. Było to bardzo miłe i wydawało się właściwe. Robiłam się zdezorientowana uczuciami, które zaczynałam czuć do tego chłopaka. Nie były tak silne jak uczucia do Noah, ale bałam się, że po jakimś czasie mogłyby takie być. Musiałam zmienić temat.
Zabierając rękę i używając jej do założenia włosów za ucho, powiedziałam. – Moja przyjaciółka Lisa przyjedzie mnie odwiedzić w następnym tygodniu. To początek jej wiosennej przerwy i spędzi tutaj parę dni zanim skieruje się na Florydę.
- To ta urocza mała ruda, której zdjęcie mi pokazywałaś?
- Tak.
- Myślisz, że pozwoli mi się przelecieć?
- Jesteś świnią.
- Co?! Tylko pytam. Urocza mała ruda, gotowa wyładować trochę energii podczas wiosennej przerwy… równie dobrze może zacząć na mnie wyładować tę energię. – Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek.
Wysłałam Lisie zdjęcie Daltona, kiedy po raz pierwszy go spotkałam i uważała ona, że jest on seksowny.
- Pewnie by to zrobiła. Uważa, że jesteś seksowny.
Zsunął się po oparciu krzesła w moim kierunku. Ogromny uśmiech był przyklejony do jego twarzy. – A skąd wie jak wyglądam?
- Mogłam wysłać jej twoje zdjęcie parę tygodni temu.
- Słodko. Masz długopis i jakąś kartkę?
- Tak sądzę. – Przeszukałam moją torbę i znalazłam długopis i kawałek papieru. – Proszę.
Wyprostował się na krześle i machnął na mnie ręką. – Zapisz to – powiedział.
- Kiedy stałam się twoją sekretarką?

- Gatorade, witaminy, napój proteinowy, podwójne baterie, syrop do naleśników, wazelina, pędzel, sznur, taśma klejąca i paczka długopisów. Nie mam długopisów. O, jeszcze… - Przesunął się w moim kierunku, uśmiechając i dodał niskim głosem. – Trojan Magnum, paczka z 36 szt. – Odchylił się, uśmiechając się do mnie szeroko. Gapiłam się na niego oniemiała i rzuciłam na jego kolana długopis oraz kartkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz