Dziś po raz
pierwszy nie chciało mi się nic pisać od dnia, kiedy nauczyłam się pisać. Były
dni, kiedy nie wiedziałam o czym napisać, ale pragnienie pisania było zawsze.
Pisanie jest
częścią tego, kim jestem. Moją tożsamością. Rak nie tylko wyżera moje ciało,
wyżera również to, kim jestem i to, co kocham. Nie uważam siebie za zbyt silną
osobę. Nie wiem jak wiele zniosę zanim się załamię. Wiem tylko, że czuję jak
pęknięcie robi się dłuższe i szersze za każdym razem, gdy rak pożera kolejną
część mnie.
Skutki chemioterapii są gorsze od posiadania raka. Osoba
mogłaby żyć przez wiele lat z rakiem rosnącym wewnątrz niej i nigdy się o tym
nie dowiedzieć, dopóki nie zbada jej lekarz i jej tego nie powie. Kiedyś
zastanawiałam się jak osoba może mieć raka, mieć tylko parę miesięcy życia i
nie czuć jego efektów. To dlatego, że rak jest przebiegłym łajdakiem, który
skrada się i pożera cię, zanim w ogóle zorientujesz się, co się dzieje.
Chemia, z drugiej strony, jest głośna i dumna. Nie pozwoli
ci zapomnieć, że jesteś ciągle obecna w twoim życiu. Nie tylko daje ci o tym
znać, kiedy atakuje twoje ciało w klinice, ale również podąża za tobą do domu i
tam się wprowadza. Zaczęłam odczuwać efekty krótko po tym jak wróciłam do domu
leczeniu numer jeden.
Początkowo myślałam, że to stres i niepokój, który
przeżywałam cały dzień w końcu mnie dopadły. Gdy dzień się ciągnął czułam się
coraz gorzej. Pierwszą widoczną oznaką raka zabijającego substancje chemiczne
płynące w moim ciele był pierwszy raz, kiedy poszłam sikać. Mocz był czerwony i
to mnie przeraziło. Naprawdę powinnam była przeczytać wszystkie informacje,
które doktor Lang podał mi o chemioterapii.
Drugim efektem ubocznym było uczucie wzrastającego wewnątrz
mnie żaru. Zaczęło się w klatce piersiowej, a potem promieniowało w całym
ciele. Połączone to z urojonym bólem, który wciąż odczuwałam sprawiało, że
chciałam strzelić sobie w głowę.
Następnego dnia, gdy się obudziłam po jednej godzinie snu,
byłam zaczerwieniona na całym ciele, a moja twarz była gorąca i opuchnięta.
Później tego dnia dostałam mocnych niestrawności i czkawek. Czkawki nie były
normalne. Były tak silne, że potrząsały moim ciałem i trwały godzinę lub
dłużej.
Zaczęły pojawiać się mdłości, parę godzin po tym jak zaczęły
się niestrawności. Nie były to normalne mdłości, gdzie czuło się wpadającą na
ciebie falę. Mdłości chemioterapii były ostrym bólem, który ciągle dźgał mój
brzuch. Przypominało mi to mój urojony ból. Cierpienie cię szokuje, bo jest tak
jakby pojawiało się znikąd. Ilekroć wymiotowałam gardło paliło mnie jeszcze
bardziej. Mdłości były nieustające. Po trzech epizodach wymiotowałam całą
zawartość żołądka. Potem wymiotowałam już tylko śliną, co pozostawiało mój
brzuch i plecy w nieznośnym bólu.
Zawsze myślałam, że chemia odbiera ci apetyt. Może dla
niektórych tak było, ale mój apetyt wzrósł w szalonym tempie. Umierałam z
głodu. Chciałam jeść i próbowałam, ale w mojej buzi powstało parę aft i ból,
który czułam, kiedy ocierało się o nie jedzenie lub picie nie był tego warty.
Dnia trzeciego po pierwszej chemii byłam wyczerpana. Nie
chodziło mi o trochę zmęczoną. Ledwo co mogłam unieść głowę z poduszki, tak
bardzo byłam wyczerpana. Od trzech dni żyłam na koktajlach i soku jabłkowym
zanim zaczynała się biegunka i paliło mnie, jakby ktoś wziął gorącego
pogrzebacza, wsadził mi go do tyłka i tam go zostawił.
Czułam wlewającą się we mnie depresję. Nadal opłakiwałam
stratę mojej nogi i skutki chemii powodowały, że coraz bardziej zagłębiałam się
w rozpacz. Nie potrafiłam tego robić. Nie byłam wystarczająco silna. Zastanawiałam
się nad zadzwonieniem do doktora Langa i powiedzeniem mu, że chcę zatrzymać
chemię i zdam się na los.
Noah dzwonił do mnie kilka razy dziennie, chcąc do mnie
przyjść, ale nie mogłam pozwolić na to, żeby taką mnie zobaczył. Może będę
mogła go zobaczyć w tygodniach wolnych od chemii. Poza tym zaczął się jego
drugi semestr i była jeszcze Brooke. Nie musiał spędzać czasu na oglądaniu jak
wymiotuję. Również postanowiłam, że muszę trochę się od niego odsunąć. Po tym
jak czułam się patrząc jak wychodził w Boże Narodzenie wiedziałam, że zrobiłam
się od niego bardziej zależna i w pewnej chwili nie będę w stanie dać mu
odejść. Przyrzekłam sobie, że nie obciążę Noah. Chciałam, żeby miał szczęśliwe
normalne życie, a nie takie, gdzie byłby dla mnie pielęgniarką.
Moja druga runda chemioterapii była jeszcze gorsza, jeśli
było to możliwe. Byłam w łazience wymiotując wnętrzności, kiedy usłyszałam
głosy w przedpokoju. To był Noah. Kłócił się z Emily. – Noah, ona ma zły dzień.
- Muszę ją zobaczyć, Emily.
- Teraz nie jest dobra pora. Jest dzisiaj bardzo chora.
Chemia uderzyła ją mocniej w tym tygodniu.
- Chcę się nią zająć.
- Noah, proszę, idź…
- Nie. Odpychała mnie od świąt i nie rozumiem dlaczego. Obiecałem
jej, że razem to przetrwamy. Nie widziałem jej od dwóch tygodni. Muszę ją
zobaczyć. Proszę, Emily.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi i odezwała się Emily. –
Manda, wszystko w porządku? Mogę wejść?
Usiadłam na kafelkowej podłodze, opierając plecy o wannę. –
Tak. – Mój głos brzmiał strasznie słabo. Wyczerpanie pojawiło się wcześniej w
tym tygodniu. Ledwo co mogłam usiąść.
Drzwi powoli się otworzyły i weszła Emily, zamykając je za
sobą. Wyciągnęła szmatkę, zmoczyła ją ciepłą wodą i przycisnęła ją do mojego
czoła. – Noah jest tutaj i chcę się z tobą zobaczyć.
- Emily…
- Powiedziałam mu, że jesteś chora, ale… Manda, gdybyś mogła
zobaczyć wyraz jego twarzy. Złamał mi serce. Wygląda na tak smutnego i
zagubionego. On chce być tu dla ciebie.
- Nie musi spędzić życia zajmując się mną – szepnęłam.
- Ale myślę, że on tego chce.
- Chcę iść teraz do łóżka.
Emily pomogła mi wstać. Wciąż przyzwyczajałam się do mojej nowej nogi. Facet od nóg powiedział, że
ostatecznie będę czuła, że jest ona częścią mnie. W tej chwili wydawała się
ważyć tonę i cholernie niewygodnie było nią manewrować.
Kiedy stanęłam na nogi, moje kolana były słabe i wygięły się
pode mną. Kolana uderzyły o podłogę i posłały przeszywający ból do nóg.
Zaczęłam płakać spazmatycznie. Potem czułam ciepłą ochronę ramion Noah, kiedy
mnie uniósł i zaniósł do mojej sypialni, przez cały czas szepcząc w moje włosy.
– Mam cię, Tweet. Zajmę się tobą.
Nie mogłam przestać płakać. Czułam się fizycznie i
psychicznie pokonana, nie potrafiłam się zebrać. Emily stała w progu ze łzami
spływającymi po jej twarzy. Siedząc przede mną na łóżku Noah położył ręce na
mojej twarzy i starł moje łzy kciukami.
Spojrzałam na niego rozmazanym wzrokiem i powiedziałam. –
Tak bardzo jest mi wstyd.
- Dlaczego? – zapytał.
- Bo już nie umiem nic sama zrobić. Każda część mojego ciała
wydaje się być chora. Chcę umrzeć. – Popatrzyłam na niego błagalnie. – Noah,
powiedz im, żeby dali mi odejść. – Moje szlochy stały się tak ciężkie, że
trudno było mi złapać oddech. Słyszałam jak Emily mocniej płakała.
Noah usiadł za mną i otoczył mnie ramionami, przyciskając
moje plecy mocno do jego torsu. Schował twarz w mojej szyi. Poczułam jak
zrobiła się mokra od jego łez, gdy szepnął. – Nie mogę tego zrobić. Za bardzo
cię potrzebuję. Nie zostawiaj mnie.
Zasnęłam i spałam mocno przez całą noc po raz pierwszy od
tygodnia. Gdy obudziłam się następnego ranka powodem dla którego tak dobrze
spałam było to, że jego ramiona wciąż mnie oplatały.
Dalton pomagał mi przejść przez moje złe dnia tak, jak tylko
mógł. Dzwonił codziennie, żeby sprawdzić co u mnie i przychodził spędzać ze mną
czas, kiedy miał dobry dzień. Nawet poszedł ze mną do szpitala, kiedy usunęli
mój port naczyniowy. Dostało się do niego zakażenie. Ponieważ były we mnie leki
chemioterapeutyczne, mój układ immunologiczny został posłany do piekła, zatem
cewnik musiał zostać natychmiast usunięty. Powiedziałam doktorowi Langowi, że
nie chcę mieć kolejnego. Nienawidziłam tego pomysłu i widoku czegoś co
wystawało z mojego ciała. Będę musiała wziąć się w garść i radzić sobie z
wkłuciami kroplówki.
Nie wiem jakbym przez to wszystko przeszła bez Daltona. Moja
rodzina i Noah byli wielką pomocą, ale mogli tylko czuć empatię. Dalton
wiedział, co czuło moje ciało i jak mój umysł próbował to wszystko przetrawić.
Nie musiałam mu nic tłumaczyć. Odczytywał mnie tak samo jak Noah.
Stałam się bardzo przywiązana do Daltona w stosunkowo
krótkim okresie czasu. Widziałam, że rodzice i Emily byli zmartwieni, że
robiłam się zbyt przywiązana patrząc na ich miny kiedykolwiek widzieli nas
razem albo opowiadałam im o nim. Nie wiedziałam jakie były moje uczucia do
niego. Wiedziałam tylko, że potrzebowałam go w moim życiu. Zawsze myślałam, że
dla każdej osoby istnieje tylko jedna bratnia dusza. Dalton sprawił, że się nad
tym zastanowiłam. Może niektórzy ludzie mają na tyle szczęścia, żeby mieć w
życiu dwie bratnie dusze.
Tygodnie chemioterapii były jak życie w filmie Dzień
świstaka. Do tej pory miałam cztery cykle i były niemal identyczne, te same
mdłości, wymiotowanie, wyczerpanie itd. Jedyną dobrą rzeczą w tych tygodniach
było to, że mogłam spędzić czas z Daltonem. Zaczęliśmy spędzać więcej czasu
podczas naszych tygodni bez chemii, ale czułam, że to podczas chemioterapii nawiązaliśmy
największą więź. Oboje tkwiliśmy w tym pokoju przez cztery godziny, więc nie
było nic do roboty prócz rozmawiania.
Czułam się jakbym znała Daltona całe życie, a to były tylko
dwa miesiące. Czułam z nim pewną wygodę, której nie czułam teraz z innymi
ludźmi, wliczając w to rodzinę i nawet Noah. Odkąd zaczęło się całe te
nowotworowe życie, ciągle miałam ochotę na czucie się normalnie, a Dalton mi to
zapewniał. Wszyscy inni rozmawiali ze mną o raku albo amputacji. Dalton pomagał
mi czuć się normalnie nawet kiedy oboje byliśmy napompowani chemikaliami.
- Ulubiony film? – zapytał.
- Mam cztery.
- Nie możesz mieć czterech – zaprotestował.
- Czemu nie?
- Ulubieniec, osoba
lub rzecz traktowana z wielbieniem lub preferencją. Możesz mieć ulubiony
dramat i ulubioną komedię, ale nie możesz mieć kilka ulubieńców w tej samej
kategorii. – Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami. On i jego szalone
zasady.
- Mam cztery… - Uniosłam cztery palce i pomachałam nimi
przed jego twarzą. - …ulubione komedie. – Fuknął i potrząsnął głową.
- Klub winowajców, Wolny dzień Ferrisa Buellera, Szajbus i
Forrest Gump.
- Oj, widzę, że jesteś fanką klasyków.
- I wszystkiego, co ma w sobie George’a Clooney’a. – Znowu potrząsnął
na mnie głową. – Jaki jest twój ulubiony?
- Szklana pułapka.
- Który? – spytałam.
- Wszystkie.
- Dopiero co zgromiłeś mnie za posiadanie czterech ulubieńców.
Jest pięć części Szklanej Pułapki.
- Są częściami tego samego filmu.
- Twoja logika jest zawiła.
- Trochę zbyt intelektualna, żebyś pojęła?
- Ugryź mnie.
- Jasna cholera! Czekałem dwa miesiące, żebyś pozwoliła mi
to zrobić. – Wybuchłam śmiechem strasząc Estelle, jedną ze starszych pań, która
miała chemioterapię w tym samym dniu co Dalton i ja.
- Ulubiony tekst z filmu? – zapytałam.
- Ty tak na serio? Jupikajej,
sukinsynu. – Nie próbowałam ukryć wywrócenia oczami.
Dalton zamknął oczy i oparł głowę o krzesło. Siedzieliśmy w relaksującej
ciszy. Rozglądając się po pokoju zauważyłam, że zostaliśmy tylko ja, Dalton i
Estelle. – Hej, Dalton?
- Mmmhmmm?
- Nie ma dzisiaj Ashley i nie było jej na ostatniej chemii. –
Ashley była małą dziewczynką, którą widziałam pierwszego dnia chemioterapii. Była
cicha i nieśmiała, ale bardzo słodka. – Zastanawiam się czemu.
- Nie żyje. – Jego słowa mną wstrząsnęły.
- Co takiego? – Odwrócił do mnie głowę i otworzył oczy.
- Powiedziałem, że nie żyje.
- Dalton, to okropna rzecz do powiedzenia. Nie wiesz tego.
- Tak, wiem. Byłem na jej pogrzebie w zeszłym tygodniu.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Poszłabym.
- Nie sądziłem, że twoim pierwszym nowotworowym pogrzebem powinien
dotyczyć dziesięciolatki. Są dość brutalne.
Patrzyłam się przed siebie, nie wiedząc co powiedzieć. Poczułam
na ręce ciepłą dłoń i lekki uścisk, przez co przeniosłam na niego spojrzenie. –
Hej, nic ci nie jest? – zapytał.
- Nie. Myślałam, że może polepszyło jej się i nie musiała
już tutaj przychodzić. Głupie, co?
- Nie głupie, tylko naiwne.
- Boisz się umierania? – zapytałam.
Odwrócił głowę i spojrzał na sufit, rozważając odpowiedź. –
Tak, boję się umierania, ale nie boję się bycia martwym.
- Jaka jest różnica?
- Umieranie jest procesem. Śmierć oznacza, że już dotarłaś
do swojego celu. – Obrócił się do mnie, jego ciemnoniebieskie oczy przeszywały
moje tak, jakby potrafiły zajrzeć w moją duszę. – A ty? Boisz się umierania?
- Ostatnio czuję, że boję się wszystkiego, umierania, życia,
wtorków.
Zauważyłam, że nadal trzymaliśmy się za ręce. Było to bardzo
miłe i wydawało się właściwe. Robiłam się zdezorientowana uczuciami, które zaczynałam
czuć do tego chłopaka. Nie były tak silne jak uczucia do Noah, ale bałam się,
że po jakimś czasie mogłyby takie być. Musiałam zmienić temat.
Zabierając rękę i używając jej do założenia włosów za ucho,
powiedziałam. – Moja przyjaciółka Lisa przyjedzie mnie odwiedzić w następnym
tygodniu. To początek jej wiosennej przerwy i spędzi tutaj parę dni zanim
skieruje się na Florydę.
- To ta urocza mała ruda, której zdjęcie mi pokazywałaś?
- Tak.
- Myślisz, że pozwoli mi się przelecieć?
- Jesteś świnią.
- Co?! Tylko pytam. Urocza mała ruda, gotowa wyładować trochę
energii podczas wiosennej przerwy… równie dobrze może zacząć na mnie wyładować
tę energię. – Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek.
Wysłałam Lisie zdjęcie Daltona, kiedy po raz pierwszy go
spotkałam i uważała ona, że jest on seksowny.
- Pewnie by to zrobiła. Uważa, że jesteś seksowny.
Zsunął się po oparciu krzesła w moim kierunku. Ogromny
uśmiech był przyklejony do jego twarzy. – A skąd wie jak wyglądam?
- Mogłam wysłać jej twoje zdjęcie parę tygodni temu.
- Słodko. Masz długopis i jakąś kartkę?
- Tak sądzę. – Przeszukałam moją torbę i znalazłam długopis
i kawałek papieru. – Proszę.
Wyprostował się na krześle i machnął na mnie ręką. – Zapisz to
– powiedział.
- Kiedy stałam się twoją sekretarką?
- Gatorade, witaminy, napój proteinowy, podwójne baterie, syrop
do naleśników, wazelina, pędzel, sznur, taśma klejąca i paczka długopisów. Nie
mam długopisów. O, jeszcze… - Przesunął się w moim kierunku, uśmiechając i
dodał niskim głosem. – Trojan Magnum, paczka z 36 szt. – Odchylił się, uśmiechając
się do mnie szeroko. Gapiłam się na niego oniemiała i rzuciłam na jego kolana
długopis oraz kartkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz