Gdyby ktoś
spojrzał w moim komputerze na moje ostatnie wyszukiwania… powiedzmy po prostu, że
miałabym trochę do wyjaśnienia.
Moja noga
zostanie odpiłowana. Ponieważ jest w niej nowotwór, tkanka zostanie przebadana,
a potem noga zostanie spalona. W płomieniach. Zapytałam lekarza co stanie się z
moją nogą po operacji. Nie chciał mi powiedzieć. Nie wiem dlaczego. Przecież
nie poproszę ich, żeby ładnie ją opakowali, abym mogła zabrać ją na lekcje.
Nie jestem
pewna czemu chciałam znać drastyczne szczegóły przyszłości mojej nogi. Chyba
dlatego, że od zawsze ze mną była i wypuszczenie jej, nie wiedząc nawet co z
nią będzie, wydawało się dla mnie złe.
Moja operacja była zaplanowana na tydzień przed Bożym
Narodzeniem. Rodzice zapytali czy nie może być po świętach, ale doktor Lang
powiedział, że czekanie jest zbyt ryzykowne.
Siedziałam w moim pokoju. Była to ostatnia noc jaką spędzę
ze swoją nogą. Nie wiedziałam jak wyglądał nowotwór kości, ale wyobrażałam
sobie, że był czarny i brejowaty. Trudno było uwierzyć, że między moim kolanem
a kostką ta czarna maź wyjadała część mojego ciała.
Schowałam pod sobą lewą nogę najlepiej jak potrafiłam.
Chciałam przygotować się na to jak moje ciało będzie wyglądać po operacji. W
internecie patrzyłam na parę zdjęć osób po amputacji. Wiele zdjęć pokazywało
jak życie może iść dalej po amputacji. Na zdjęciach ludzie surfowali, jeździli
na nartach i wspinali się po górach. Teraz nie robiłam żadnych z tych rzeczy i
miałam nadzieję, że nikt nie będzie na mnie naciskał abym stała się lśniącym
przykładem tego jak pełne życie może być bez kończyny.
Wzięłam głęboki wdech i prędko spojrzałam. Gdy zobaczyłam
przed sobą tylko prawą nogę, poczułam rzeczywistość. Przez te ostatnie tygodnie
było tak nerwowo, że ledwo miałam czas na myślenie. Całe skupienie było na
dacie operacji, planie chemioterapii i informacjach o nowotworze. Cała uwaga
skupiała się na działaniu sprawy, a żadna na istocie. Jakie będzie życie jako osoba po amputacji?
Jak wszyscy wykonają swoją robotę i wrócą do swoich normalnych żyć, jakie
będzie „istnienie” w ten sposób?
Jutro o tej porze nie będę miała części ciała.
Wyprostowałam nogę, posmarowałam ją balsamem do ciała o
zapachu truskawki, ubrałam ją w mój ładny, czerwony lakierowany obcas i
zrobiłam jej parę zdjęć telefonem. Moja noga jej ostatniej nocy dostała
królewskie traktowanie. Przecież służyła mi dobrze przez niemal dwadzieścia
lat. Właściwą rzeczą było odpowiednie jej pożegnanie. Po piętnastym zdjęciu
mojej nogi komórka zawibrowała od wiadomości.
Noah: Jestem
przy twoim oknie. Park?
Noah i ja zdecydowaliśmy się nie rozmawiać o tym, co się
stało tamtego dnia w mieszkaniu. Miałam zbyt wiele rzeczy na głowie, które
miały większy priorytet. Pogadamy o tym, tyle że nie teraz.
Ja: Chyba tam
nie dotrę. Noga mnie boli.
Noah: Załóż
płaszcz. Mam dla ciebie niespodziankę.
Ja: Co to jest?
Noah:
Niespodzianka. Idę do drzwi wejściowych. J
Noah niósł mnie przez całą drogę trzech bloków do parku.
Dzisiaj nie chciałam być nigdzie indziej tylko w jego ramionach. Zamiast zabrać
nas do naszego miejsca, skierował się do obszaru ogniska. Posadził mnie na
jednym z krzeseł otaczających ognisko i okrył mnie dużym polarnym kocem, który
wcześniej tutaj przyniósł. Patrzyłam jak rozpalał ognisko. Miał na sobie
sportową kurtkę z liceum i czapkę baseballową z napisem College of Charleston
odwróconą do tyłu. Wyglądał uroczo. Słodkie było to jak próbował oderwać moje
myśli od dnia jutrzejszego.
Siadając obok mnie nalał do dwóch kubków gorącą czekoladę z
termosu, który stał obok jego krzesła. Uniosłam koc, jak przysunął się do mnie
bliżej i dołączył do mnie pod nim. Przytuliłam się do jego boku, a on objął
mnie ramieniem i przyciągnął bliżej do siebie. Poprzez płaszcz czułam jak
przesuwał powoli ręką po moim ramieniu. Milczeliśmy, popijając gorącą czekoladę.
Przesuwałam wzrok od ogniska do pięknego czystego nieba wypełnionego gwiazdami.
Tak jakby Noah zamówił te gwiazdy tylko na ten wieczór.
- Jest idealnie. – Słowa wypłynęły z moich ust w szepcie.
- Tak, jest – powiedział.
- Dziękuję ci za to, Noah. – Jego ramię ścisnęło moje barki.
- Tweet?
- Mmmhmm?
- Przepraszam.
Przesunęłam się, podnosząc na niego wzrok. – Za co?
Skupiał się na jakimś punkcie przed sobą. Światło od ogniska
sprawiało, że łzy spływające po jego twarzy błyszczały.
- Tamtej nocy, kiedy skręciłaś kostkę… powinienem był zabrać
cię na ostry dyżur. Gdybym to zrobił… może szybciej wykryliby nowotwór i
uratowaliby twoją nogę.
Odłożyłam kubek gorącej czekolady. Odwracając się całkiem do
niego, zarzuciłam ręce na jego szyję i go uścisnęłam.
- Nie rób sobie tego. To nikogo wina – szepnęłam, dławiąc
się łzami. Byłam całkowicie poruszona nim i tym jak głęboko mu na mnie
zależało.
- Przetrwamy to. Będę przy tobie w każdym kroku tej drogi –
powiedział.
- Próbujesz być zabawny? – zapytałam przekornie. Oderwał się
ode mnie i spojrzał mi w oczy.
- Przepraszam za to. – Na jego twarzy widniała twarda
determinacja, gdy powiedział. – Przetrwamy to.
Chciałam w to wierzyć i w tamtej chwili wierzyłam. W tamtej
chwili, przytulanie się pod kocem do Noah i przyglądanie się ognisku było
idealne. Nie czułam się jakbym miała raka i rano miała mieć operację.
Piliśmy gorącą czekoladę i obserwowaliśmy płomienie dopóki
nie zmieniły się w rozżarzone węgielki. Niewiele rozmawialiśmy. Nie
potrzebowaliśmy. Wzięłam sobie przerwę od myśli o nowotworze, operacji,
chemioterapii i mojej przyszłości. Nie zamierzałam pozwolić aby coś zrujnowało
mi tę chwilę. Teraźniejszość była idealna i zamierzałam w niej zostać tak
długo, jak to możliwe.
Gdy usłyszałam, że muszę być w szpitalu o 5 rano na operację
o 7, myślałam, że sobie ze mnie żartują. Nie wystarczało, że miałam mieć
odpiłowaną nogę, miałam raka i jeszcze miałam wcześnie wstawać? Te bycie
pacjentką z nowotworem było do bani.
Szpital był dość cichy o tej bezbożnej godzinie. Gdy weszłam
do poczekalni wyczuwałam nerwowość przepływającą przez pacjentów czekających na
zawołanie na ich operację. Towarzyszyli mi tego poranka mama, tata i Emily.
Minęło trochę czasu odkąd robiliśmy coś razem. Mogę dzisiaj żegnać się z moją
nogą, ale mamy z tego rodzinną wycieczkę. Wyciągam z tej sytuacji wiele
pocieszenia.
Mama siedziała i wpatrywała się w nicość. Tata chodził w tę
i z powrotem pomiędzy nami a darmową kawą ustawioną w kącie pokoju. Emily
próbowała wciągnąć nas wszystkich do rozmowy. Kiedy się denerwuje to dużo mówi. Ja siedziałam, wyglądając na
zewnątrz na spokojną, ale w środku moje wnętrzności przekręcały się na
wszystkie strony. Mój żołądek balansował między mdłościami a osunięciem się na
ziemię.
Chciałam tylko zatrzymać czas. Chciałam uciekać. Nie byłam
na tyle silna, żeby przez to wszystko przechodzić, amputację, chemioterapię,
nowotwór. W głowie dźwięczał mi głośny odgłos jak tykanie zegara. Spojrzałam na
zegar wiszący na ścianie, który mówił, że jest 5:25. Czas się do mnie zbliżał.
Kiedy wejdę przez tamte drzwi nie będzie już odwrotu. Będę musiała ruszać do
przodu. Jeśli zamierzałam stąd uciec to musiałam zrobić to teraz. Zaczęłam
pochylać się na krześle, gdy otworzyły się drzwi.
Twarz każdego pacjenta krzywiła się, kiedy otwierały się te drzwi
i wychodziła pielęgniarka. Baliśmy się, że nadeszła nasza kolej i mieliśmy
przejść przez jakąkolwiek torturę, którą zamierzali w nas wymierzyć.
Wyszła niska, ciemnowłosa pielęgniarka, przyjrzała się
pomieszczeniu i odezwała się. – Amanda Kelly?
Kurde, moja kolej. Nie zareagowałam. Nie miałam
wystarczająco czasu na oswojenie się. Potrzebowałam więcej czasu. Pielęgniarka
raz jeszcze wywołała moje imię. Czułam na sobie spojrzenia rodziców i siostry.
Mama pochyliła się i szepnęła. – Skarbie, już czas. – Tata
podszedł do nas, gdy mama, Emily i ja wstałyśmy.
Pielęgniarka podeszła do naszej małej grupki. – Amanda
Kelly?
- Tak. – Te małe słówko doprowadziło mnie niemal do łez.
- Możesz pójść ze mną. – Cała nasza czwórka zaczęła za nią
iść, kiedy nagle się zatrzymała, spojrzała na moich rodziców i powiedziała. –
Będziecie mogli państwo wejść, kiedy przygotujemy Amandę. Przyjdę po państwa.
Uniosłam głowę, patrząc na mamę błagalnym wzrokiem, żeby
mnie nie puściła. Jej oczy przepełnione były smutkiem. Wiedziałam, że dobijało
ją, że nie była w stanie nic zrobić. – Amanda, pojawimy się tam jak tylko
pozwolą nam wejść. – Skinęłam głową i rozpaczliwie próbowałam powstrzymać łzy i
uspokoić moje nerwy.
Zostałam poprowadzona długim, sterylnym korytarzem. Starałam
się skupić na pielęgniarce idącej przede mną. Bałam się skupiać uwagę na
otaczających mnie widokach i dźwiękach, na wypadek, gdyby przebiegł obok mnie
lekarz śmiejący się demonicznie i trzymający piłę mechaniczną. Dlatego nie
odrywałam wzroku i uszu od mojej pielęgniarki.
Jej bluzka pokryta była rysunkowymi szczeniakami, a
skrzypiący odgłos jaki jej buty robiły na sterylnej podłodze wydawał się
odbijać echem od ścian przez całą drogę. Otworzyła drzwi do małego
pomieszczenia z noszami, parą krzeseł i stojakiem z kroplówką. Stanęłam tam,
czekając na instrukcję.
- Nazywam się Sarah i dzisiaj będę twoją pielęgniarką.
Możesz usiąść na noszach. – Przerzuciła jakieś papiery i zapytała. – Możesz
powiedzieć mi jak się nazywasz i kiedy się urodziłaś?
- Amanda Kelly. 23 marca, 1990. – Zapięła na moim nadgarstku
bransoletkę z informacjami tożsamości.
- A jaką dzisiaj będziemy mieć operację?
- Nie wiem jak pani, ale mnie amputują lewą nogę.
Uniosła wzrok znad jej papierów i posłała mi lekki uśmiech.
Kładąc papiery na brzegu noszy, wyciągnęła cienki fartuch i plastikowy worek z
wbudowanej szafki za mną.
- Możesz się rozebrać i założyć ten fartuch. To tego worka
włóż swoje rzeczy. Zdejmij biżuterię. Za niedługo przyjdzie anestezjolog i
wrócę, żeby podłączyć ci kroplówkę. – Wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Ubrałam się w modny fartuszek i wsadziłam ubrania do worka.
Gdy tylko weszłam pod przykrycie, drzwi się otworzyły. Wesoło uśmiechający się
mężczyzna ubrany w kitel wszedł do środka, za nim weszła inna pielęgniarka i
Pielęgniarka Sarah.
Pielęgniarki zajęły miejsca po obu stronach noszy, gdy
doktor Śmieszek wyciągnął do mnie rękę. – Amanda Kelly? – Potaknęłam. – Witaj,
nazywam się doktor McFadden, anestezjolog.
- Cześć.
Usiadł na jednym z krzeseł i przejrzał folder. – Możesz
podać mi swoją datę urodzenia i jaką będziesz mieć operację?
- 23 marzec 1990 i amputacja lewej nogi. – Czułam się jakbym
była w obłąkanym teleturnieju „Koło
Niefortunności”.
Gdy doktor Śmieszek recytował to jak zamierza pozbawić mnie
przytomności, pielęgniarka po lewej mierzyła ciśnienie mojej krwi, w tym samym
czasie co Pielęgniarka Sarah klepała moje prawe ramię w różnych miejscach.
- Co pani robi? – spytałam.
- Szukam żyły, do której wbijemy kroplówkę. – Parę razy
klepnęła wierzch mojej prawej dłoni i orzekła. – Ta wygląda ładnie.
Lekarz dalej mówił,
druga pielęgniarka wpychała mi do ust termometr i dostrzegłam ogromną
igłę kierującą się do mojej ręki. Zbyt wiele działo się jednocześnie. Nie
potrafiłam skupić się na jednej rzeczy. Nigdy nie czułam się tak bezradna i
niepewna tego, co się działo. Skrzywiłam się, gdy igła przebiła moją skórę.
Parę łez spłynęło po moich policzkach.
Pielęgniarka Sarah spojrzała na mnie z przepraszającą miną.
– Wybacz. Nie chciałam zrobić ci krzywdy. – Zastanawiałam się czy sądziła, że
będę czuć się cudownie jak wbije w moją skórę ostry przedmiot.
Robili mi rzeczy bez pytania mnie o zdanie. Zanim lekarz
wyszedł powiedział. – Za niedługo wrócę, żeby dać ci trochę wesołego soku. –
Nie wiedziałam o czym mówił. Za bardzo skupiona byłam taśmie, którą
Pielęgniarka Sarah oplatała moją dłoń.
Skończyła mnie torturować, mówiąc. – Pójdę po twoją rodzinę.
Doktor Lang przyjdzie do ciebie zanim cię zabierzemy.
- Dzięki.
- Przynieść ci coś?
- Wynieść stąd. – Uśmiechnęłam się ironicznie.
Obie pielęgniarki zebrały swoje rzeczy i skierowały do
drzwi. Przed zamknięciem drzwi Pielęgniarka Sarah pochyliła się i powiedziała.
– Wiem, że to przerażające. Doktor Lang jest jednym z najlepszych w kraju. –
Uśmiechnęła się lekko. – Pójdę powiedzieć twojej rodzinie, że może wejść.
Parę minut później do małego pokoiku weszli mama, tata i
Emily. Mama i Emily usiadły, a tata stał. Wyglądał jak zwierzę trzymane w
klatce. Siedzenie i czekanie nie było jego mocną stroną. Lepiej było mu coś
robić niż siedzieć i gapić się w cztery ściany. Cała ta sytuacja była ciężka
dla obojgu moich rodziców, ale sądzę, że tata był trochę bardziej dotknięty niż
mama. Przyzwyczajony był do bycia moim opiekunem, a teraz nie mógł tego robić.
O 6:30 przyszedł doktor Lang i zapewnił mnie, że operacja
pójdzie dobrze. Po tym jak wyszedł pielęgniarka Sarah przyszła i powiedziała
mnie i mojej rodzinie, że za niedługo zostanę zabrana, więc musimy się
pożegnać.
Emily pierwsza wstała i długo mnie przytuliła. Nie
potrafiłam już powstrzymać łez. Trzymałam się jej mocno, wiedząc, że kiedy ją
puszczę będę o sekundę bliżej sali operacyjnej. – Nie płacz, Manda. Pomożemy ci
to przetrwać. Kocham cię. – Skinęłam głową, która przywierała do zgięcia jej
szyi. Emily opuściła pomieszczenie ze łzami.
Gdy podeszli mama i tata, mama od razu otuliła mnie
ramionami. – Kocham cię, Amando i jestem z ciebie taka dumna – mówiła ciągle.
Spojrzałam na tatę, który stał po drugiej stronie. Cicho
płakał. Nigdy wcześniej nie widziałam płaczącego tatusia. Świadomość, że to ja
byłam powodem jego łez łamała moje serce. – Przepraszam, tatusiu. – Tylko to
mogłam powiedzieć. Pochylił się i pocałował mnie w głowę.
- Nie masz za co przepraszać, księżniczko. Chciałbym tylko,
żebym to ja przygotowywał się do tego wszystkiego, a nie ty.
Drzwi się otworzyły i zajrzał do środka doktor Śmieszek,
sygnalizując moim rodzicom, że czas wyjść. – Dobrze się nią zajmiemy –
powiedział moim rodzicom, gdy go minęli, zanim skierował swoją uwagę na mnie. –
Więc gotowa jesteś poczuć się wesoło? – Skinęłam głową, ocierając twarz.
Miał strzykawkę z czymś w środku i wstrzyknął to do
kroplówki. W ciągu paru sekund poczułam lekarstwo i było niesamowite. Podczas
gdy przebywałam w ekspresowym pociągu do Wariatkowa, usłyszałam za drzwiami
zamieszanie. Doktor Śmieszek otworzył je, żeby zobaczyć co się dzieje.
Usłyszałam kobiecy głos brzmiący jak moja pielęgniarka. –
Młody człowieku, nie możesz teraz tam wejść. Zaraz zostanie zabrana na
operację.
- Utknąłem w korku. Wejdę tylko na moment. Proszę. Jestem
jej bratem.
Pomyślałam, że to bardzo miło ze strony mojego brata, że
przyszedł się ze mną zobaczyć, a potem przypomniałam sobie, że nie miałam
brata. Prawda?
- Może wejść na parę minut – powiedział doktor Uśmieszek do
kobiecego głosu.
Obróciłam głowę do drzwi. Wielki uśmiech pojawił się na
mojej twarzy, częściowo przez wesoły sok, ale przeważnie dlatego, że przyszedł
uratować mnie mój rycerz w plastikowej zbroi. – Dałem jej przed chwilą lek,
więc teraz trochę wariuje.
- Dzięki – powiedział Noah, podchodząc i siadając obok mnie na
noszach. Poczułam jak jego ręka przesunęła się po boku mojej twarzy. – Cześć,
Tweet. Jak się czujesz?
- Doooobrze. – Zachichotał.
- Przepraszam, że nie przyjechałem szybciej. Był jakiś
wypadek i utknąłem w korku.
- W porządku, mój bracie. Wszystko jest dobrze. Jesteś tutaj
teraz. Weź moje ubrania i chodźmy. – Usiadłam i byliśmy twarzą w twarz.
- Tweet, nie możesz teraz wyjść.
Zmrużyłam na niego oczy i uśmiechnęłam się szeroko. – Chcesz
się pobzykać? Ten fartuch ma łatwy dostęp i nic pod nim nie mam.
Wpatrywaliśmy się w siebie przez parę sekund zanim drzwi się
otworzyły, zaskakując nas oboje i do środka weszła pielęgniarka Sarah. Jeszcze
przez chwilę wpatrywałam się w Noah. Nawet w zamroczonym stanie widziałam w
jego oczach całą jego miłość do mnie. Miałam nadzieję, że mógł zobaczyć w moich
oczach moją miłość do niego.
Podniósł się, pozwalając pielęgniarce Sarah obejść nosze i
zaczęła pchać mnie w stronę drzwi. – Pielęgniarko Sarah, czy kiedykolwiek
powiedział ktoś pani, że zabija pani zabawę? – Usłyszałam za sobą jej śmiech.
- Mówiono mi gorsze rzeczy.
- To jest mój Noah. Czyż nie jest gorący?
- Jest bardzo przystojny – odparła.
- Również niesamowicie całuje. Jego język smakuje jak mięta.
Nawet dotknął moich piersi i…
- Tweet, nie sądzę, że pielęgniarkę coś to obchodzi –
wtrącił Noah.
Podchodząc do mojego boku pielęgniarka Sarah zapytała. –
Myślałam, że jesteś jej bratem? – Spojrzała na mnie, a potem na Noah, rzucając
nam znaczący uśmiech.
- Jesteśmy bardzo bliską rodziną. – Usłyszałam słowa Noah,
jak zostałam wypchnięta przez drzwi i w dół korytarza.
Sala operacyjna była chłodna i niezwykle błyszcząca. Gdy
leżałam już na stole pielęgniarki zabrały się do roboty. Przypominały mi ekipę
NASCAR. Każdy miał swoje specyficzne zadanie. Jedna pielęgniarka upewniała się,
że w mojej kroplówce płynie właściwy lek. Druga pielęgniarka okrywała mnie
ciepłymi kocami. Inna pielęgniarka przyczepiała elektrody do różnych części
mojego ciała. Potem zobaczyłam nad sobą doktora Śmieszka.
- Amanda, położę teraz na tobie tę maskę i dam ci trochę
tlenu. Po prostu głęboko oddychaj. – Zrobiłam tak jak mi kazano. Wytrącało mnie
z równowagi to, że nie mogłam widzieć tego, co ci ludzie mi robili. Odwracając
lekko głowę dostrzegłam tacę zakrytą niebieskim materiałem. Przypuszczałam, że to
były narzędzia chirurgiczne. Będąc mną, czyli masochistką, wyszukałam
informacji o typie piły, którą używa się do amputowania nóg. Trzynastocalowa
nierdzewna piła do kości sprzedawana za 17.99 dolarów i miała pięć gwiazdek na
Amazonie. Klienci, którzy to kupowali, brali również noże kuchenne za 39.90.
Było w tym coś bardzo złego, ale byłam zbyt odurzona, żeby się nad tym
zastanawiać.
Uniosłam spojrzenie do góry i znowu zobaczyłam doktora
Śmieszka. – Amanda, jesteśmy prawie gotowi. Podam ci lek, który cię uśpi. –
Spojrzałam na niego. Czułam łzy, które spływały po mojej twarzy. To było to.
Nie było teraz odwrotu. Nadszedł czas i wszystko było poza moją kontrolą.
Opłynął mnie lek i zamknęłam oczy, pozostawiając za sobą stare życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz