wtorek, 11 marca 2014

Wpis 25

W wiekopomnych słowach Sally Brown (siostry Charliego) „Chcę tylko mój sprawiedliwy przydział. Chcę tylko, co do mnie idzie”. Słowa, którymi trzeba żyć.


Wiedziałam, że było zimno, widząc obłok dymu uciekający z moich ust, ilekroć wydychałam powietrze. Zdecydowanie nie czułam zimna. Nie czułam nic. Wciąż tkwiłam na etapie, gdzie wiesz intelektualnie, co się z tobą dzieje, ale nie pozwoliłaś sobie jeszcze tego poczuć. Siedziałam w naszym miejscu, wpatrując się w stawek i myśląc o niczym i wszystkim. Jakimś cudem moje życie się zmieniło, wywróciło do góry nogami w ciągu kilku minut, a ja nigdy tego nie przewidziałam.
Usłyszałam za sobą chrzęst żwiru. Mój telefon grzmiał od telefonów oraz wiadomości od mojej rodziny. Nikt z nich nie wiedział, gdzie uciekłam. Gdyby wiedzieli, że byłam dosłownie trzy bloki od nich, to byliby wściekli. Nie byłam zaskoczona, że on dokładnie wiedział gdzie mnie znaleźć. Słyszałam więcej chrzęstu żwiru, kiedy obszedł stół piknikowy, na którym siedziałam. Zastąpili ten, który zdemolował Noah kilka miesięcy temu. Zbliżył się do mnie, żadne z nas się nie odezwało. Dalej patrzyłam na staw.
- Tweet – odezwał się. Jego głos był cichy i drżący.
Podszedł bliżej, przygotowując się, żeby mnie przytulić. Odsunęłam się od niego i podniosłam rękę, pokazując mu, żeby się zatrzymał.
- Nie dotykaj mnie.
- Dlaczego?
- Bo jeśli mnie dotkniesz, to się rozpadnę. Już raz dzisiaj się pozbierałam. Nie wiem czy zrobię to kolejny raz.
Widziałam kątem oka, że pisał do kogoś wiadomość, prawdopodobnie do mojej rodziny, informując ich, że mnie odnalazł. Wiedziałam, że nie powiedziałby im, gdzie byłam, więc nie protestowałam.
Usiadł obok mnie, ale utrzymywał bezpieczny dystans, tak że się nie dotykaliśmy. Siedzieliśmy w ciszy. Noah wiedział, że będę mówić, gdy będę na to gotowa.
Pozwoliłam myślom przepłynąć przez parę ostatnich miesięcy. Zaczęłam od początku studiów. To był dobry semestr. Dostałam się na dziekańską listę, przyzwyczajałam się do bycia daleko od domu, uwielbiałam moją współlokatorkę i odzyskałam Noah.
Zaczęłam bardziej przypatrywać się temu semestrowi. Istniały drugorzędne sprawy, które, kiedy połączyłam je razem, wywoływały mój niepokój. Dlaczego ich nie połączyłam i nie skupiałam na nich uwagi? Moi rodzice poruszyli nawet ten temat podczas Dziękczynienia, ale zbyłam to. Miałam inne sprawy, które zajmowały mój czas oraz uwagę. Dwa dni temu, kiedy przyjechałam do domu na przerwę świąteczną, nie mogłam już dłużej tego ignorować. Tak naprawdę to moja mama nalegała, żeby natychmiast zostało coś zrobione. Gdyby nie wywarła na mnie presji, to wciąż byłabym błogo nieświadoma, a moje życie byłoby nietknięte. Interesujące jak trochę wiedzy i dwa krótkie słowa mogą zburzyć cały twój świat.

- Nowotwór kości. – Wszystko co lekarz powiedział potem było stłumione.
Czułam się jakbym przebywała pod wodą, tonęła. Byłam bardzo zdezorientowana. Przyszłam tutaj z powodu skręconej kostki i bólu w pięcie, który utrzymywał się od miesiąca. Myślałam, że lekarz popełnił błąd, pomylił moje zdjęcie rentgenowskie z czyimś innym. Spojrzałam na moją mamę, która siedziała w kącie ze łzami spływającymi po jej twarzy. Dlaczego ona płakała? To była tylko skręcona kostka.
- Amando, słyszałaś mnie? – zapytał doktor Thompson.
- Co?
- Przykro mi. Zdjęcie rentgenowskie pokazuje guza z nieregularnymi krawędziami. To razem z twoją stratą wagi, znużeniem i bólem nogi, który opisywałaś, każe mi wierzyć, iż z tym się właśnie mierzymy. Wyślę cię do doktora Langa. On jest znakomitym onkologiem.
Jego usta się ruszały i słyszałam wydobywający się z nich dźwięk, ale musiał przemawiać obcym językiem, ponieważ nie pojmowałam tego, co do mnie powiedział.
Mama podeszła do mnie, obejmując mnie ramionami. Położyła rękę na mojej dłoni, kiedy lekarz mówił dalej.
- Dość rzadko rak kości pojawia się jako główny nowotwór. Zwykle jest wynikiem przerzutów z innego miejsca, więc zrobimy na to testy.
- Na co poddajecie mnie testom? – zapytałam.
Nie rozumiałam co się działo. Dlaczego lekarz wyglądał tak poważnie i dlaczego mama denerwowała się im więcej on mówił. Czy oni nie zdawali sobie sprawy, że to tylko skręcona kostka?
- Musimy się dowiedzieć czy nowotwór zaatakował inne organy – powiedział.
- To jest tylko skręcona kostka – upierałam się. Spojrzałam na mamę, błagałam ją wzrokiem, żeby sprawiła, aby zrozumiał. – Mamo, powiedz mu, że to tylko skręcona kostka.
Przyciągnęła mnie do siebie i głaskała moje włosy, przytulając. – Skarbie, przetrwamy to. Wyrwałam jej się i wstałam od biurka medycznego. Gniew wyraźny był w moim głosie.
- Czemu mu nie powiesz?! – nalegałam.
Cofnęłam się, kiedy podeszła do mnie o krok. – POWIEDZ MU, ŻE TO TYLKO SKRĘCONA KOSTKA, MAMO!
Moje ciało ogarnęły konwulsje i płacz, jak opadłam na jedno z krzeseł. Czułam się, jakbym tkwiła w jednym z tych snów, gdzie wydaje ci się, że spadasz. Próbujesz chwycić się czegoś, żeby przestać spadać, a potem nagle się budzisz. Dopiero po sekundzie wyczuwasz ulgę, że to był tylko sen. Tak właśnie się czułam, tyle że bez części z pobudką.
Mama mnie objęła, kiedy wylewały się ze mnie łzy. – Jak na jeden raz to wiele do przyjęcia – powiedziała do lekarza.
- Rozumiem. Może wróćcie do domu i oswójcie się z tym. Powiem pielęgniarce, żeby zadzwoniła do was, by umówić rezonans magnetyczny i spotkanie z doktorem Langiem. Jeżeli macie jakieś pytania, dobrym pomysłem jest je zapisać. Szkoda, że nie przyszłaś wcześniej, kiedy dostrzegłaś pierwsze objawy.
Spojrzałam na niego. Moja twarz była mokra od łez. – Nie wiedziałam, że miałam objawy. Byłam bardzo zajęta i nie zawsze miałam czas na jedzenie. Myślałam, że noga boli mnie od szyny. Kilka razy zaspałam, a moje miejsce parkingowe było dość daleko od akademika, więc zbiegałam po schodach, bo w moim akademiku nie ma windy. Nie mogłam spóźnić się na zajęcia. Po prostu nie mogłam. Musiałam dostać się na dziekańską listę i udało mi się. Dostałam się na dziekańską listę. Prawda, mamo? – Wiedziałam, że paplałam od rzeczy, ale nie mogłam się powstrzymać. Próbowałam nadać sens bezsensowności. Potrzebowałam odpowiedzi na to dlaczego wszystko to się działo.
Spojrzałam na nich oboje, mając nadzieję, że ktoś mi to wyjaśni, ale nikt nie mógł zaoferować mi tej odpowiedzi. Ponad moim szlochem słyszałam tylko lekarza bombardującego mamę informacjami o testach, które będą musiały być wykonane.
- Jakie jest leczenie? – zapytała mama.
- Cóż, nie jestem onkologiem, ale zazwyczaj operacja, chemoterapia i czasem promieniowanie.
- Jaka operacja?
- Jeżeli nowotwór zostanie zlokalizowany, będą próbować usunąć całego guza. Jeżeli wdarł się do tkanki najlepszym leczeniem będzie amputacja pod kolanem.
Wystrzeliłam z mojego miejsca i wybiegłam przez drzwi najszybciej jak mogłam. Moje utykanie stało się całkiem wymowne przez ból od Dziękczynienia. Usłyszałam wystarczająco. Nie mogłam znieść więcej. Nie zatrzymywałam się, dopóki nie dotarłam do samochodu mamy. Stałam twarzą do auta, rękę trzymałam na klamce. Usłyszałam kliknięcie zamka i wsiadłam do środka, zamykając za sobą drzwi. Usłyszałam otwierane drzwi kierowcy i poczułam małe poruszenie kiedy wsiadła.
- Skarbie…
- Nie. Nie mogę teraz rozmawiać. Chcę do domu.
Całą drogę do domu przejechałyśmy w ciszy. Od czasu do czasu kątem oka zauważałam, że mama ocierała łzę z policzka. Wjechałyśmy na nasz podjazd. Od razu wysiadłam z auta i skierowałam się na podwórko po mój rower. Wsiadłam na niego i odjechałam, nie mówiąc słowa o tym gdzie się wybierałam, bo sama nie wiedziałam. Po prostu musiałam być sama. Słyszałam wołania mamy poprzez jej zduszony płacz. Nie wiem jak długo jeździłam. Przestałam, kiedy się zmęczyłam i znalazłam się w miejscu moim i Noah.

Obecność Noah zawsze mnie uspokajała, ale gdy usłyszałam za sobą jego kroki, to nie miałam tego samego poczucia ulgi, co zawsze. Po raz pierwszy w życiu mój rycerz w plastikowej zbroi nie mógł uratować mnie od tego potwora.
- Rozmawiałeś z moją mamą?
Odchrząknął. – Tak. Zadzwoniła w panice. Nie wiedziała, gdzie jesteś, a ty nie odbierasz komórki. – Przysunął się trochę bliżej. – Zimno tutaj, Tweet. Chodźmy gdzieś, gdzie jest ciepło.
- Staram się domyślić, co ja takiego zrobiłam – powiedziałam.
- Co masz na myśli?
- Za co jestem karana?
Wyczuwałam łzy wzbierające się za oczami. Rozpaczliwie próbowałam je powstrzymać. Gdy pozwolę im popłynąć, zbyt bardzo się otworzę, a uczucia będą obezwładniające. Chciałam jeszcze trochę pozostać otępiała.
- Nie jesteś karana.
Spoglądając na Noah widziałam, że robił się nerwowy. Jego palce drżały, jakby już nie mógł się powstrzymywać od dotknięcia mnie. W końcu na niego spojrzałam. Wyglądał na tak samo zdruzgotanego. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę zanim nareszcie się poddał i mnie objął. Gdy nawiązaliśmy kontakt zaczęły wypływać ze mnie łzy.
Noah wciągnął mnie na swoje kolana. Schowałam twarz w zgięciu jego szyi i pozwoliłam wylać się emocjom z całego dnia. Przytulał mnie tak mocno, że niemal trudno było mi oddychać.
- Jesteś przemarznięta, kochanie. Pozwól mi zabrać cię do domu – powiedział.

Mocniej się go złapałam. Nie chciałam iść jeszcze do domu. Przekonałam się, że tak długo jak tutaj byłam, nic z tego co się działo nie było realne. Jeżeli postawię stopę w moim domu i będę w pobliżu rodziny, pojawi się rzeczywistość i nie będę mogła się już przed nią ukrywać. Wiedziałam, że wkrótce będę musiała wrócić, ale w tym momencie potrzebowałam udawania, że wszystko było w porządku i rozkoszowania się byciem w ramionach Noah.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz